Wprowadzenie do Kalaczakry - Różnica pomiędzy dwoma tradycjami
I tak doszliśmy do drugiego głównego zagadnienia, mianowicie, na jakiej podstawie rozróżniamy w ramach ścieżki buddyjskiej dwie tradycje. Dlaczego mówimy, że tradycja mahajany, zwana też ścieżką wielkiego pojazdu, jest tradycją doskonalszą. Niższy pojazd, zwany też tradycją hinajany, zawiera nauki zgodne z możliwościami i szczególnymi potrzebami uczniów w danym miejscu i czasie, a zatem nie są one celem ostatecznym, ani ostatecznym nauczaniem Buddy. Aby osiągnąć cel, który nazywamy ostatecznym porzuceniem błędów, oraz aby osiągnąć ostateczną doskonałość zalet, dana osoba musi podążać za tradycją mahajany, musi podążać ścieżką praktyki bodhisattwów. ręceprecz odtybetu
Gdy używamy wyrażeń „niższy” czy też „ mniejszy” pojazd i pojazd „większy’, nie oznacza to, iż w obrębie nauk buddyjskich znaleźć można coś gorszej jakości i coś doskonałej jakości, takie rozumienie nie ma w tym przypadku żadnego zastosowania. W ogólności, spośród wszelkich nauk, które praktykujemy bądź doskonalimy, najlepsze dla nas są te, które przynoszą najwięcej bezpośrednich korzyści. Z faktu, iż przynoszące największy pożytek nauczanie uważane jest za najlepsze, w żadnym razie nie wynika, że ścieżka buddyjska dyskryminuje jakiekolwiek tradycje lub patrzy na nie z góry, uważając za gorsze, „wadliwe”. Taka postawa byłaby błędna. ręceprecz odtybetu
Gdy Budda Śakjamuni zstąpił do naszego świata, i zamanifestował czyn oświecenia, podążyło za nim wielu uczniów, takich jak na przykład Mogajana czy Śariputra, którzy zamanifestowali czyn osiągnięcia stanu arhata, zostali arhatami. Zastanówmy się, dlaczego uczniowie ci, chociaż przebywali tak blisko Buddy, nie zamanifestowali czynu osiągnięcia oświecenia. Otóż Budda dostapił takiego stopnia urzeczywistnienia i osiągnięć, ponieważ w początkowym stadium praktyki wzbudził w sobie umysł bodhicitty, umysł oświecenia, aspirujący do osiągnięcia oświecenia dla dobra innych. W czasie, gdy praktykował, czyli gromadził przyczyny umożliwiające osiągnięcie oświecenia, również czynił to ku pożytkowi innych. Ostatecznie Budda zrealizował cel osiągnięcia oświecenia także dla pomyślności innych, opierając się na umyśle bodhicitty. Gdy Budda osiągnął oświecenie, był w stanie porzucić wszelkie piętna złudzeń oraz osiągnąć ostateczne zaniechanie wszystkich zaciemnień, wszystkich złudzeń, wraz ze śladami, które pozostawiły.. A zatem, zaniechując błędów, Budda osiągnął doskonałą wszechwiedzę, zdolność rozumienia wszystkich zjawisk. ręceprecz odtybetu
Arhaci, jednakże, tacy jak Śariputra czy Mogajana, nie mogli aspirować do osiągnięcia wszechwiedzy, ponieważ zaniechali jedynie zaciemnień związanych ze złudzeniami, nie porzucili zaś zaciemnień uniemożliwiających wszechwiedzę; a zatem, zaniechanie to nie było doskonałe, a jedynie częściowe - fragmentaryczne zaniechanie złudzeń. Także zalety jakie osiągają arhaci nie są tożsame z zaletami Buddy, i własnie z tej przyczyny nazywani są arhatami, a nie Buddami. Osoby takie jak Śariputra czy Mogajana, nie osiągnęli ostatecznego celu - stanu Buddy, a jedynie stan arhata. ręceprecz odtybetu
Stan Buddy oznacza osiągnięcie zalet ostatecznego zaniechania i ostatecznego osiągnięcia, a dokonuje się tego krocząc śladami Buddy. Przede wszystkim, należy wzbudzić w sobie umysł oświecenia, a następnie, poprzez nagromadzenia przyczyn, doskonalących dwa zbiory zasługi i mądrości na przestrzeni trzech nie dających się oszacować eonów, i ostatecznie, osiągnąć rezultat wszechobejmującego zaniechania i nieobjętego osiągnięcia. Aby osiągnąć taki cel musimy podążać ścieżką taką jak Mahajana, i właśnie dla tej przyczyny mówimy, że nauki Mahajany posiadają doskonalszą naturę, niż nauki Hinajany. ręceprecz odtybetu
Budda rozpoczął nauczanie Dharmy od nauk śrawakajany - pojazdu śrawaków, w którym zawarł pouczenia, dotyczące różnych praktyk z zakresu wyższego treningu etyki, wyższego treningu skupienia medytacyjnego i wyższego treningu mądrości. Praktyki te stanowią fundament ścieżki wyzwolenia. ręceprecz odtybetu
Zgodnie z naukami tradycji mahajany, kultywowanie miłującej dobroci, współczucia i bodhicitty, to praktyki przeznaczone dla pełnych odwagi bodhisattwów, pragnących wziąć na siebie odpowiedzialność za pomyślność innych. Taka kolejność praktyk na ścieżce buddyjskiej pochodzi od samego Buddy: najpierw, jako podstawę, należy doskonalić trzy wyższe treningi, a następnie, oprócz tego, umysł miłości i współczucia, wraz z bodhicittą. ręceprecz odtybetu
Ostatecznym celem, który Budda stara się nam wskazać, jest to, co nazywamy wielką nirwaną bez pozostawania, w obrębie której porzuca się wszystkie błędy i doskonali wszelkie zalety. Ta wielka ścieżka altruizmu przeznaczona jest tylko dla bodhisattwów - istot obdarzonych wielką odwagą, mogących wziąć na siebie odpowiedzialność za uwolnienie innych od cierpienia, i poprowadzić ich ku szczęściu. Z tej właśnie przyczyny mahajana nazywana jest pojazdem większym. ręceprecz odtybetu
Czasami mówi się, że tradycja mahajany pomija całkowicie praktyki niższych pojazdów, niektórzy zaś mogą utrzymywać, że podążający ścieżką mahajany praktykują tylko miłość i współczucie, pomijają zaś trzy wyższe praktyki - etyki, skupienia i mądrości. Jest to całkowicie niesłuszny pogląd. Tradycja mahajany nie ustanawia żadnej oddzielnej ścieżki praktyki, ani nie pozbawia się fundamentów, którymi są niższe pojazdy. Na ścieżce mahajany doskonali się nauki niższego pojazdu, a oprócz tego kultywuje się także miłość, współczucie i inne tego rodzaju praktyki. ręceprecz odtybetu
Wyjaśnienia udzielone przez JHADO RINPOCZE
Bodhgaja, styczeń 2002 roku, źródło: tybet.za.pl
_________________ Dum spiro, spero.
"Women are meant to be loved, not to be understood."
Każdy konflikt zbrojny, krwawa demonstracja czy po prostu rzeź niewinnych ludzi powinny być potępiane. Zrozumiałe jest to, że wydarzenia w Tybecie budzą nasz niepokój. Ostatnie krwawo tłumione demonstracje sprawiły, że coraz częściej buntujemy się otwarcie przeciwko łamaniu praw człowieka w Chinach. Buntujemy się my, zwykli ludzie, my, którzy odczuwamy żal, solidaryzujemy się z uciśnionymi, współczujemy im - to naturalne odruchy ludzkie. Problem polega jednak na tym, że to nie uczucia rządzą światem, ale pieniądze i interesy. Właśnie dlatego żaden rząd nie potępi oficjalnie i kategorycznie chińskich władz. Mogą się buntować jednostki, grupy, organizacje. Internauci mogą organizować pikiety, demonstracje i bojkoty, ale nic już nie zatrzyma ostrza wymierzonego przez Pekin w kierunku Tybetu.
Chińskie władze nigdy nie pozwolą na to, by którakolwiek z prowincji myślała o niepodległości, tym bardziej nie pozwolą też na to, aby inne kraje dyktowały im, w jaki sposób mają postępować ze swoimi obywatelami i jak powinny rozwiązywać problemy na własnym podwórku. W Państwie Środka życie ludzkie nigdy nie miało znaczenia. Obecnie można to zaobserwować nawet na ulicach większych miast, gdzie żadne samochody nie przepuszczają karetek, ambulansy z chorymi po prostu czekają w korkach na sygnale. Zdarzają się uliczne lincze na złodziejach, a sąsiedzkie kłótnie mogą zmienić się w śmiertelne bijatyki. Tłum potrafi oglądać takie "widowisko", bo nikt go nie przerwie, ludzie będą czekali, aż nastąpi dramatyczny finał. W kraju, gdzie codziennie przeprowadza się setki tysięcy dobrowolnych i przymusowych aborcji, wykonuje kary śmierci, handluje organami, życie ludzkie nie ma wielkiej wartości. Chińczycy przywykli do tego od tysięcy lat, są tylko trybikiem wielkiej machiny, nie liczą się ich uczucia ani poglądy. Liczy się tylko dobro ogółu, co tutaj akurat oznacza raczej dobro partii.
Nie byłbym obiektywny, gdybym nie napisał, że Chiny powoli się zmieniają. W kraju, w którym pięćdziesiąt lat temu miliony cierpiały głód, teraz jest zupełnie inaczej. Wielu pospolitych ludzi ma szanse na lepsze życie. Wykształcenie i
dobra praca zapewniają im byt. W tej chwili nowobogackich Chińczyków są miliony - w skali całego kraju niewiele, ale jeśli liczba osób zamożnych stale się zwiększa, sprzyja to poprawie sytuacji w całym kraju. A prawo godziwego życia mają wszyscy ci, którzy zdobyli wykształcenie, pracują w porządnej firmie i... nie mieszają się w politykę.
Z władzami Chin nie ma dyskusji, one z nikim nie rozmawiają i nikt nie ma prawa wyrażać swoich poglądów. Nikt nie może zakłócić pracy maszyny, jaką są nowe prężne Chiny. Tutaj nie ma miejsca na religię, sztukę, indywidualne poglądy, dyskusje, debaty. Każda (nawet lokalna) gazeta zaczyna dzień od przeanalizowania informacji z biura głównego cenzora - znajdują się tam instrukcje dotyczące tego, o czym nie należy w danym dniu pisać. W Chinach nie ma wolności.
Jak na ironię losu cały świat ma interes w tym, aby Chiny były w jakimś sensie zniewolone, a Chińczycy ciemiężeni. Każdy polski biznesmen oczekuje możliwie najniższych cen od swoich dostawców z Państwa Środka. Przeciętny Polak chce kupić tanie, dobre buty, każdy chce mieć możliwie najtańszy odtwarzacz mp3 o jak największej pojemności.
Czy takie produkty byłyby dostępne w demokratycznych Chinach? Czy producenci ustalaliby niskie ceny, gdyby robotnicy ich fabryk strajkowali i gdyby ci zwykli Chińczycy domagali się lepszego traktowania, ubezpieczeń, określonych godzin pracy i dodatkowych płac za nadgodziny? Odpowiedź jest prosta - z ekonomicznego punktu widzenia żaden kraj na świecie nie potrzebuje demokratycznych Chin. Takie Chiny nie będą już partnerem w interesach, a wolni i niezależni robotnicy nie dostarczą do Polski produktów, na których przedsiębiorcy zarobią sto, dwieście, a może trzysta procent.
Kolejną przeszkodą dla utworzenia demokracji w Chinach jest mentalność samych Chińczyków. Ci ludzie nie potrafią zatrzymać się na czerwonym świetle. Dlaczego? Bo zwykle nie są za to karani. Wyobraźmy sobie teraz takie "zielone światło" w innych aspektach ich życia. Tysiące partii, miliony poglądów, wolność dla każdej jednostki, niepodległość dla kilku prowincji, bezsilna władza, nieskuteczna policja i niegroźne wojsko, miliony Chińczyków za granicą. Cały kraj ogarnąłby chaos, mogłoby się to zakończyć nawet podziałem kraju. Taka rewolucja popsułaby gospodarkę całego świata. Wielka maszyna produkująca codziennie miliony zabawek, aparatów cyfrowych, ciuchów, sprzętu AGD... nagle by się zatrzymała. Tutaj dominują silne i krwawe rządy, nie da się tego zmienić na pięć miesięcy przed olimpiadą. Wolność w
Chinach musi urodzić się sama, nie z konfliktów i biedy, ale z dobrobytu. Powoli zmieni się świadomość ludzi wykształconych i bogatych, zaczną oni stanowić coraz większą grupę, która będzie się domagała nowych swobód i praw, z tą grupą rząd będzie się liczył. Protestującymi mnichami, robotnikami czy rolnikami walczącymi o ziemię pod budowę jakichś fabryk władza nie będzie się przejmować.
Polacy wykrzykują już teraz hasła "Wolność dla Tybetu", "Koniec z łamaniem praw człowieka w Chinach", chcą bojkotować chińskie produkty (to akurat wiązałoby się z bojkotem prawie wszystkiego, od mebli poczynając, na firmowych iPodach i telefonach Nokii kończąc), chcą zakłócić olimpiadę. To piękna solidarność, to humanitarne zachowanie, ale rząd Chin nie będzie tym wzruszony. Tutaj nikt nie liczy się z ofiarami, a już tym bardziej z opinią polskiej siatkarki czy studenta z Krakowa. Chiny nie cofną się przed niczym, by trzymać swoich obywateli w ryzach. Taka jest tragiczna prawda i tak wygląda martyrologia narodu chińskiego. Jeszcze smutniejsze jest to, że nam tak naprawdę wcale nie zależy na demokracji i wolności w Chinach, Tybecie, na Tajwanie. Lubimy te wzniosłe hasła, ale lubimy też niskie ceny, cieszymy się, że mamy firmy handlowe i że zarabiamy na tanich produktach z Chin - towar musi być tani i na czas, tak więc zniewolony chiński robotnik musi pracować dzień i noc, żeby nam żyło się dostatniej. Wolność dla Tybetu oznaczałaby kolejne przywileje dla wszystkich obywateli i ustępstwa poczynione na ich korzyść, a tego nie da się połączyć z szybką i tanią produkcją. Jedno ustępstwo komunistycznych władz zapoczątkowałoby cały szereg zmian, na które nie tylko Państwo Środka, ale i cały świat nie są gotowi.
Nadeszła tragiczna godzina dla Tybetu, żadne słowo na polskich forach internetowych nie zmieni rzeczywistości. Chiny rozliczą się z demonstrantami z Tybetu, ale świat nigdy nie pozna liczby ofiar. Czy za kilka miesięcy zapomnimy o tych poszkodowanych ludziach i będziemy pamiętali tylko liczbę złotych i srebrnych medali z Pekinu?
Wojciech Magiera, źródło: wiadomosci.o2.pl
ręceprecz odtybetu
_________________ "Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"
'A w kominie szurum burum, a na polu wiatr do wtóru, a na chmurze bal do rana, a pogoda rozśpiewana.Zielono mi i spokojnie, zielono mi.' bo w życiu ważne jest poczucie koloru
Wprowadzenie do Kalaczakry - Różnica pomiędzy buddyzmem a tradycjami niebuddyjskimi
Najpierw omówimy różnice pomiędzy buddyzmem a tradycjami niebuddyjskimi. W świecie istnieje wiele różnych tradycji religijnych, my jednak skupimy się na zasadniczych cechach charakteryzujących buddyzm. Nie zawierają się one w symbolicznych rytuałach, takich jak ofiarowanie kwiatów, kadzideł, wykonywanie pokłonów, składanie tzw. świętych ofiar - wykonywanie takich czynności nie definiuje jeszcze osoby jako buddysty, ani też praktyka polegająca na tych czynnościach nie może być jednoznacznie określona, jako praktyka buddyjska. ręceprecz odtybetu
Wśród pism znajdujemy definicję schronienia, w której powiedziane jest, iż Budda, Dharma i Sangha stanowią obiekty schronienia , które mogą uchronić nas od cierpień i problemów nie tylko w tym życiu, ale i w przyszłych żywotach, jak również na przestrzeni całej wieczności, oraz służą nam pomocą w osiąganiu ostatecznych celów. W ogólności, jakiekolwiek problemy czy cierpienia napotykamy w cyklicznej egzystencji, zawsze mają one swój korzeń w naszej karmie i złudzeniach (zwanych też przeszkadzającymi emocjami), przechowywanych w kontinuum strumienia naszego umysłu. Ta karma i przeszkadzające emocje naszego kontinuum mentalnego rodzą określone rezultaty – doświadczanie problemów i cierpienia. ręceprecz odtybetu
Idąc ku schronieniu w Trzech Klejnotach, możemy uwolnić się od naszej karmy i złudzeń, możemy osiągnąć ostateczny cel – wyzwolenie; całkowite wyzwolenie od przyczyn cierpienia, a jednocześnie, to co nazywamy zupełnym wyzwoleniem od cierpienia samego w sobie. Podążanie ku schronieniu w Trzech Klejnotach z zamiarem uwolnienia się od cierpienia, jest główną praktyką istot o niższych możliwościach, jakkolwiek nie wyczerpuje to w pełni zakresu praktyki niższego pojazdu. ręceprecz odtybetu
W tekstach buddyjskich znajdujemy słowa Buddy, mówiące, że każdy z nas jest swoim własnym obrońcą, i że nie udajemy się do innych, aby uzyskać ochronę. Na przykład, nagromadzenie negatywnej karmy w przeszłych żywotach, w połączeniu z przeszkadzającymi emocjami znajdującymi się w obrębie naszego kontinuum mentalnego, daje początek cierpieniu, rezultatem takiego stanu jest cierpienie. Jednakże z drugiej strony, chociaż w naszym strumieniu umysłu znajdują się takie niepożądane zjawiska, jesteśmy w stanie zastosować antidota na nasze złudzenia. Możemy oczyścić naszą karmę, stosując antidota tak długo, aż osiągniemy czysty stan umysłu, możemy kultywować to, co nazywamy czystym poglądem, prawidłowym poglądem i poprawnym działaniem, poprzez stopniowe nakłanianie siebie samego do angażowania się w bardziej prawe stany umysłu, i gromadzoną w ten sposób zasługę poświęcać oczyszczeniu negatywnej karmy. W taki właśnie sposób jest możliwe osiągnięcie tego, co nazywamy wyzwoleniem, lub całkowitym ustaniem naszego cierpienia. ręceprecz odtybetu
W pismach wspomina się, że aby położyć kres naszemu cierpieniu ,nie musimy udawać się w żadne szczególne miejsca, w żadnym konkretnym kierunku, ani do żadnego konkretnego świata. Kres cierpienia może zostać osiągnięty w obrębie naszego ciała, tego właśnie ciała i umysłu, które posiadamy. Dysponujemy potencjałem, aby osiągnąć najwyższe szczęście, lecz musimy znać prowadzący tam szlak, ścieżkę praktyki, musimy znać prawidłowe metody, i musimy faktycznie zastosować te metody w praktyce, aby osiągnąć rezultat, jakim jest najwyższe szczęście. Budda ujął to w taki sposób: ścieżka wyzwolenia ukazana jest w ramach ścieżki buddyjskiej. ręceprecz odtybetu
Ścieżka ku wyzwoleniu nie jest ukazywana w innych religiach, na przykład w niektórych tradycjach mówi się, że podążając daną szczególną ścieżką praktyki, medytując w taki a taki sposób, osiągnie się zdolność unoszenia się w powietrzu, przenikania światów podziemnych, i inne temu podobne duchowe moce. Tradycje te nauczają rozmaitych metod osiągania samadhi, medytacyjnej koncentracji, ale nie nauczają, że dzięki tym praktykom można osiągnąć całkowite ustanie cierpienia . ręceprecz odtybetu
Ścieżka buddyjska zawiera metody osiągania wyzwolenia od cierpienia i dochodzenia do stanu najwyższego szczęścia, i nie są to jedynie słowa, cele te mogą zostać naprawdę osiągnięte. Złudzenia i przeszkadzające emocje w obrębie naszego kontinuum mentalnego są jedynie zawartymi w nim, ale nieprzejawiającymi się, zjawiskami. Czasami powstają do istnienia, a czasami nie. A zatem, podążając ścieżką praktyki, jeśli dana osoba ma możliwość spotkania dobrego nauczyciela, nauczającego buddyzmu w prawidłowy sposób, a jednocześnie posiada ona cechy dobrego ucznia, czyli potrafi odpowiednio zastosować nauki w swoim życiu, może ona osiągnąć cel, jakim jest położenie kresu cierpieniu, i osiągnięcie urzeczywistnienia najwyższego stopnia szczęścia, w tym ciele i w tym życiu. ręceprecz odtybetu
Gdy na ścieżce buddyjskiej określamy nauczanie Buddy jako drogocenne, nie oznacza to jedynie, że jeśli jesteśmy ubodzy lub chorzy, to możemy modlić się do Buddy, i Budda ofiaruje nam pieniądze lub powrócimy do zdrowia, czy też, że gdy nasze interesy nie idą dobrze, Budda nam pomoże. Nawet jeśli takie cuda w ogóle mogą mieć miejsce, same w sobie nie stanowią one rdzenia nauk, i same w sobie nie czynią nauk buddyjskich drogocennymi. Musimy zrozumieć, co jest tym rdzeniem, co czyni buddyzm tak drogocenną tradycją duchową. ręceprecz odtybetu
Wyjaśnienia udzielone przez JHADO RINPOCZE
Bodhgaja, styczeń 2002 roku, źródło: tybet.za.pl
_________________ Dum spiro, spero.
"Women are meant to be loved, not to be understood."
Czternaścioro paralotniarzy bierze udział w ogólnopolskim rajdzie Klucz Wolności. Wyruszyli w piątek z Nowego Sącza. Równolegle rajd odbywa sie również na lądzie - drogami przemieszcza się karawana samochodowa.
- Dla nas ważne są prawa człowieka w Chinach. Uważamy, że takie państwo nie zasługuje na organizację Igrzysk Olimpijskich. Chcemy poprzez ten rajd zamanifestować naszą solidarność z Tybetem - powiedział Radiu Merkury jeden organizatorów akcji Marcin Janasik.
Śmiałkowie do 6 lipca zamierzają pokonać trasę z Nowego Sącza do Kołobrzegu. We wtorek rajd zatrzyma się w Ostrowie Wielkopolskim, w kolejnych dniach także w Lesznie i w Pile.
Dziś uczestnicy rajdu spotkali się pod ambasadą Chin w Warszawie. źródło: wiadomosci24.pl
ręceprecz odtybetu
_________________ "Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"
'A w kominie szurum burum, a na polu wiatr do wtóru, a na chmurze bal do rana, a pogoda rozśpiewana.Zielono mi i spokojnie, zielono mi.' bo w życiu ważne jest poczucie koloru
Praktyką wstępną przed każdym nauczaniem, wspólną dla wszystkich praktyk buddyjskich, bramą wejściową do naszej praktyki buddyjskiej, jest przyjęcie schronienia w Trzech Klejnotach. Bramą wejściową do wyższego pojazdu - mahajany jest drogocenny umysł bodhicitty. Tak więc, proszę, wzbudźcie te dwa stany umysłu, zarówno schronienie w Trzech Klejnotach, jak i umysł bodhicitty, jako motywację wstępną do tego nauczania. W tym celu trzykrotnie wypowiemy modlitwę przyjęcia schronienia i wzbudzenia bodhicitty. ręceprecz odtybetu
Jakie niezbędne przygotowanie powinniśmy posiadać my, uczniowie, otrzymujący inicjację Kalaczakry? To znaczy jakie przygotowanie jest niezbędne, aby otrzymać taką formę rytuału inicjacji? Cechy, które posiadają poszczególni uczniowie są bardzo różne, niektórzy, na przykład, mają zdolności niewielkie, inni średnie a jeszcze inni najwyższe, więc także warunki wstępne są różnorodne, zależą od rodzaju uczniów, którzy otrzymują inicjację. ręceprecz odtybetu
Ogólnie, jeśli otrzymujemy faktyczną inicjację, najistotniejsze jest to, aby najpierw rozumieć podstawową różnicę pomiędzy tradycją buddyjską a niebuddyjską. Gdy porównujemy buddyzm z innymi religiami niebuddyjskimi, musimy zdawać sobie sprawę z tych podstawowych różnic i szczególnych cech, które definiują i oddzielają buddyzm od ścieżki niebuddyjskiej. Także w obrębie ścieżki buddyjskiej są różniące się między sobą tradycje. Tym, co musimy rozumieć, jest generalna klasyfikacja, w ramach której wyróżniamy tradycję therawady i tradycję mahajany. ręceprecz odtybetu
Jeśli studiujemy pisma zgodne z tradycją mahajany, jesteśmy uważani za praktykującego ścieżkę mahajany. Musimy zdawać sobie sprawę, dlaczego tradycja mahajany uważana jest za wyższy pojazd, jakie cechy definiują jej szczególny charakter. Poza zrozumieniem, dlaczego nauki mahajany są tak drogocenne, potrzebna jest wiedza, że w ramach mahajany funkcjonują dwa rodzaje nauczania. Jeden z nich to paramitajana, zwana także pojazdem przyczyny, a drugi to wadżrajana, lub pojazd następstwa, ścieżka sekretnej mantry. ręceprecz odtybetu
W obrębie tych dwóch kategorii, mając na względzie metody osiągania oświecenia, ścieżkę mantrajany (wadżrajany) uważa się za cenniejszą i bardziej dogłębną, niż pojazd przyczyny, paramitajanę. Musimy zrozumieć dlaczego tak jest, jakie cechy czynią wadżrajanę bardziej dogłębną. Z całą pewnością nie jest tak dlatego, że w rytuałach tantrycznych wadżrajany stosuje się piękne przedmioty, wazy, wadżrę i dzwonek, posągi i instrumenty. Wszystkie te przedmioty, zewnętrzne atrybuty, same w sobie nie stanowią przyczyny, dla której wadżrajana jest bardziej dogłębna, niż sutrajana, ponieważ te przedmioty rytualne występują także w innych praktykach niebuddyjskich. Musimy zatem zrozumieć rdzeń nauczania, musi być dla nas absolutnie jasne, co takiego jest w naukach wadżrajany, że uważane są za bardziej dogłębne, niż sutrajana. ręceprecz odtybetu
W ramach praktyki sekretnej mantry mieszczą się cztery rodzaje tantr. Najwyższą wśród tantr jest najwyższa joga tantry, zwana anuttarajogatantra, najdogłębniejsza z czterech klas tantr. Podstawy tej klasyfikacji także powinny być dla nas jasne. ręceprecz odtybetu
Oprócz tego, w ramach praktyki na poziomie najwyższej tantry jogi, powinniśmy także wiedzieć, że istnieje klasyfikacja zgodna z wcześniejszymi przekładami tradycji njingma. Wcześniejsze przekłady tantr mają odmienne, specyficzne praktyki bóstw w ramach praktyk takich jak Hewadżra, Vadżrabhairawa i Chakrasamwara. Pośród tych tantr należących do najwyzszej tantry jogi, w czasach obecnych niezwykłą wprost popularność, na skalę międzynarodową, zyskała Kalaczakra. Poprzednio była ona znana jedynie w regionach Tybetu, Mongolii i Indii, lecz obecnie jest ona tak rozprzestrzeniona, że prawie każdy słyszał o Kalaczakrze. To kolejne zagadnienie, które poruszymy w naszych dalszych rozważaniach. ręceprecz odtybetu
W czasie procesu wprowadzania nas w zagadnienie Kalaczakry, Rinpocze poruszy temat inicjacji inspirujących dojrzewanie, zarówno związanych z etapem generowania, jak i spełniania. Musimy rozumieć jakie wizualizacje powinniśmy wykonywać podczas ceremonii inicjacji, jakie ślady pozostawi na strumieniu naszego umysłu udział w ceremonii lub przyjęcie inicjacji, jakie praktyki należy wykonywać, jakie siddhi (duchowe osiągnięcia) mogą zostać osiągnięte na bazie tych medytacji. I tak, poprzez zrozumienie natury i kolejności poszczególnych inicjacji, w czasie faktycznej ceremonii będziemy gotowi, lub, co najmniej, będziemy zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje. ręceprecz odtybetu
Wyjaśnienia udzielone przez JHADO RINPOCZE
Bodhgaja, styczeń 2002 roku, źródło: tybet.za.pl
_________________ Dum spiro, spero.
"Women are meant to be loved, not to be understood."
Władze ChRL "otwierają" nowe tybetańskie okręgi dla zagranicznych turystów
HFPC
Zagraniczni goście uzyskają jeszcze łatwiejszy dostęp do większej liczby chińskich miast i okręgów, ogłosił 19 kwietnia w Pekinie rzecznik bezpieczeństwa publicznego. Rzecznik powiedział, że rada państwa postanowiła otworzyć dla cudzoziemców dziewięć okręgów, jedno miasto i pięć regionów. Liczba otwartych miast wynosi teraz łącznie 1.420.
Nowo otwartymi miejscami są: Autonomiczny Okręg Yi, Tybetański Okręg Autonomiczny Muli, okręgi Gulin, Meigu, Leibo i Jinyang w południowozachodniej prowincji Sichuan, regiony Wencheng i Taishun we wschodniej prowincji Zhejiang oraz regiony Xi Ujimqin, Taibus, Zhenglan, Xianghuang, Zhengxiangbai, Duolun i miasto Arxan. http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=294
ręceprecz odtybetu
_________________ "Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"
'A w kominie szurum burum, a na polu wiatr do wtóru, a na chmurze bal do rana, a pogoda rozśpiewana.Zielono mi i spokojnie, zielono mi.' bo w życiu ważne jest poczucie koloru
Soncen Gampo (Srong-btsan sgam-po) - władca Tybetu z dynastii z Jarlungu, panujący w latach 609/614 - 649. Przeniósł stolicę swojego państwa do Lhasy. Prowadził liczne udane podboje. ręceprecz odtybetu
Według kronik buddyjskich wprowadził do Tybetu buddyzm poprzez małżeństwo z nepalską księżniczką Bhrykuti oraz chińską księżniczką Wang Chang (które później uznano za emanacje bogini Tary). Jednakże rodzimie kroniki nie potwierdzają faktu, jakoby sam władca przyjął buddyzm. Za jego panowania rozpoczęto budowę świątyń buddyjskich Jokhang, Ramocze (Ra-mo-che) oraz monumentalnego Pałacu Potala w Lhasie. ręceprecz odtybetu
Soncen Gampo wysłał do Indii Thonmi Sambhotę, który na podstawie jednego z alfabetów guptyjskich stworzył alfabet do zapisu języka tybetańskiego oraz spisał pierwszą gramatykę tego języka. źródło: wikipedia.pl
_________________ Dum spiro, spero.
"Women are meant to be loved, not to be understood."
Jesienią 1987 roku w ciągu dziesięciu dni odbyły się w centrum Lhasy trzy demonstracje. Pierwszą, 27 września, poprowadzili mnisi z klasztoru Drepung, którzy przeszli ulicami miasta wznosząc okrzyki niepodległościowe i powiewając tybetańską flagą. Zostali zaatakowani, pobici przez policję, a potem aresztowani i uwięzieni. 1 października podobną demonstrację zorganizowali duchowni z klasztoru Sera, których również zaatakowali i pobili policjanci; potem przewieziono ich na pobliski komisariat. Rozwścieczony tłum, próbując odbić mnichów, podpalił komendę. Przez kilka godzin funkcjonariusze strzelali do demonstrantów, zabijając co najmniej osiem i raniąc wiele osób. 6 października na czele kolejnego protestu znów stanęli mnisi z Drepungu.
W ciągu następnych dwóch lat mnisi i mniszki demonstrowali w Lhasie co najmniej trzydzieści razy; w tym samym czasie dysydenci zaczęli rozprowadzać publikacje polityczne, kopiować plakaty i tworzyć sieć podziemnych organizacji. Przedstawimy tu zarys kampanii, którą rozpoczął chiński rząd, aby rozbić ruch oporu w Tybecie i położyć kres manifestacjom - omówimy mobilizację partyjnego aparatu kontroli w odpowiedzi na patriotyczne protesty i poddamy analizie rolę ideologii w wiecach politycznych, mających „poprawić myślenie" Tybetańczyków. Zajmiemy się również reakcją mieszkańców Tybetu i zastanowimy nad przyczynami klęski działań, których celem było przywrócenie porządku. Kampania „antyseparatystyczna" w istocie jeszcze bardziej skonfliktowała - społecznie i symbolicznie - Tybetańczyków z Chińczykami. Nadała też nowy kształt świadomości politycznej tych pierwszych i sprawiła, że ich wołanie o wolność stało się nowoczesną ideą.
2 października 1987 roku, dzień po rozruchach przed komisariatem, na pierwszej stronie Dziennika Tybetańskiego ukazały się dwa artykuły wstępne, w których zawierała się oficjalna odpowiedź Chin na wybuch narodowościowych niepokojów w Tybecie. Pierwszy artykuł mówił o „wielkim pikniku" z 29 września - zorganizowanym i sponsorowanym przez rząd - dla trzystu pięćdziesięciu mnichów klasztoru Sera i około trzech tysięcy „wiernych mas religijnych", który wyznaczał koniec tradycyjnych letnich odosobnień medytacyjnych. Czytamy w nim o „powiewającym wysoko sztandarze patriotyzmu i jedności, chroniącym jedność macierzy i przeciwstawiającym się separatyzmowi". W przemówieniach wygłoszonych przez najważniejszych przywódców, reprezentujących lokalny oddział Ogólnochińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej (OLPKK), komórkę Frontu Jedności, regionalną Komisję ds. Narodowości i Religii oraz Stowarzyszenie Buddyjskie, zawierają się wytyczne polityki partii wobec regionu, stanowiące wyraźne ostrzeżenie dla mnichów z Sera, by nie powtórzyli błędu swoich kolegów z Drepungu, którzy zorganizowali demonstrację 27 września. Nie ulega wątpliwości, że artykuł napisano przed manifestacją mnichów Sera 1 października (dzień święta narodowego ChRL).
Według autorów przywódcy obiecali kontynuowanie strategii partii wobec „narodowości" w regionie, polityki „otwartych drzwi" oraz reform. W zamian „osoby z powołaniem religijnym" miały wykazać się patriotyzmem i popierać narodową jedność, przyczyniając się w ten sposób do budowy „nowego socjalistycznego Tybetu w oparciu o jedność, dostatek i edukację". Ten ostatni slogan pojawił się po wizycie Hu Yaobanga w Tybecie w 1980 roku. Stanowił wyraz nowej strategii Frontu Jedności, polegającej na utrzymywaniu kontroli politycznej poprzez liberalizację gospodarczą z jednej strony, i ostrożnym dostosowywaniu się do uczuć religijnych oraz narodowych z drugiej1.
Drugi artykuł - to „obwieszczenie" Ludowego Rządu Miasta Lhasa. Znalazła się w nim oficjalna wersja wydarzeń z 1 października, wedle której tybetańscy „chuligani" odebrali policji broń, a następnie nawzajem się pozabijali. Dalej pomieszczono szczegółowe „dyrektywy" politycznej kampanii walki z separatyzmem. Po pierwsze, „szerokie kadry, robotnicy, mieszkańcy, mnisi i mniszki z całego miasta" mieli zrozumieć powagę zajść oraz „zrewidować stanowiska i przyjąć właściwą perspektywę ideologiczną". Członkowie partii, Komunistycznego Związku Młodzieży i kadry powinni natomiast dawać przykład - z „gotowością i brakiem jakiegokolwiek wahania" jako testem lojalności. Po drugie, komórki rządu winny „wykonać dobrą robotę ideologiczną", edukując podlegające im kadry oraz pracowników, na których z kolei spoczął obowiązek podzielenia się tą wiedzą z rodzinami, dziećmi i krewnymi. Na tej samej zasadzie edukacja ideologiczna mieszkańców miasta należała do komitetów dzielnicowych, aby „szerokie masy odrzuciły działania garstki" i zrozumiały, że „niepokoje wywołane przez kilka osób nie mogą zmienić polityki partii". Na koniec przypominano administracji i komitetom dzielnicowym o konieczności „przekazywania władzom wszystkich ważnych informacji".
Obwieszczenie dało początek kampanii, którą rząd i aparat bezpieczeństwa prowadzić miały przez następne lata. Język tych dokumentów - nacisk na „właściwą postawę i poglądy" oraz „dobrą ideologiczną robotę" - przypomina inne kampanie polityczne w Chinach.
Charakter działań zmieniał się wraz z kolejnymi demonstracjami i wzrostem zasięgu niepokojów w latach 1988-89. Pierwsza faza obejmuje okres od demonstracji jesienią 1987 do rozruchów kończących święto Monlam 5 marca 1988 roku. Władze sądziły wówczas, że z problemem uporają się lokalne struktury administracyjne. Po 5 marca, wraz z falą aresztowań i uwięzień, ciężar walki z rozruchami spoczął na służbach bezpieczeństwa oraz systemie penitencjarnym - sposób traktowania więźniów miał zastraszyć społeczeństwo i odizolować potencjalnych dysydentów. Jednocześnie media informowały Tybetańczyków, że każda demonstracja zostanie natychmiast brutalnie stłumiona. Fazę trzecią i ostatnią wyznacza ogłoszenie stanu wojennego 8 marca 1989 roku. W istocie stan wojenny oznaczał przyznanie się do klęski kampanii. Rozruchom mogła zapobiec tylko potężna demonstracja siły na ulicach Lhasy. Tybetańczycy nadal jednak organizowali manifestacje, zinstytucjonalizowano więc środki administracyjne, które pierwotnie traktowano jako chwilowe. Innymi słowy, każda faza kampanii stawała się kolejnym szczeblem zorganizowanego systemu represji. http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=244
_________________ "Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"
'A w kominie szurum burum, a na polu wiatr do wtóru, a na chmurze bal do rana, a pogoda rozśpiewana.Zielono mi i spokojnie, zielono mi.' bo w życiu ważne jest poczucie koloru
Ladakh albo Mały Tybet: w krainie mnichów i kupców
Z pierwszej podróży do Ladakhu, dawnego buddyjskiego królestwa w zachodnich Himalajach (dziś w granicach indyjskiego stanu Dżammu i Kaszmir), wróciłam przekonana, że znalazłam moją prywatną Shangri La. Ladakh, zwany często Małym Tybetem, zawładnął moim sercem do tego stopnia, że podczas kolejnych podróży w Himalaje nigdy nie miałam czasu na Mount Everest. ręceprecz odtybetu
Pierwsze połączenia lotnicze z Leh, stolicą Ladakhu, uruchomiono w 1979 r. Latem (między czerwcem a wrześniem), kiedy w górach stopnieje śnieg, można dotrzeć do Ladakhu lądem, wybierając jedną z dwóch możliwych dróg. Pierwsza wiedzie do Leh ze Śrinagaru, stolicy Kaszmiru (ostatnio z powodu konfliktu w Kaszmirze jest rzadko uczęszczana). Można też wyruszyć z górskiego kurortu Manali - to jedna z najpiękniejszych i najtrudniejszych dróg świata. Pokonanie 485 km, które dzielą Manali od Leh, zajmuje dwa dni. Zdarza się, że drogę wyżłobioną w urwistych zboczach rozmyje deszcz lub topniejący lodowiec albo zatarasuje błotno-kamienna lawina. Podczas tej podróży może zdarzyć się wszystko. Pewnego razu musiałam przeprawić się z pomocą liny przez rwący, lodowcowy potok (ci, którzy w porę tego nie zrobili, musieli czekać trzy dni na naprawę drogi). Innym razem obserwowałam przegrupowanie wojsk indyjskich - setki wolno toczących się ciężarówek sparaliżowały ruch na wiele godzin. Złapanych gum i innych awarii nawet nie liczę. Po drodze autobus wspina się na cztery przełęcze, z których ostatnia - Taglang La (la to po ladakijsku przełęcz) - ma 5328 m. Na takiej wysokości, przy braku aklimatyzacji, długie godziny spędza się w odrętwieniu, a choroba wysokościowa czyni zupełnie obojętnym na bajkowe widoki za oknem. Mimo to zawsze wybieram autobus, który nad samolotem ma m.in. tę przewagę, że pozwala patrzeć, jak pejzaż, klimat i rysy ludzkich twarzy zmieniają się płynnie i powoli. Na górskiej drodze każdy kilometr zdaje się rozciągać i wydłużać, a podróż - nie mieć końca. Kiedy wreszcie z przełęczy Taglang zjeżdżamy 2000 m w dół w dolinę Indusu, czuję się tak, jakbym przejechała pół świata. W jednym z odgałęzień doliny, na wysokości 3505 m, leży stolica Ladakhu - Leh. ręceprecz odtybetu
Przez wiele stuleci Leh było ważnym ośrodkiem na pielgrzymim i kupieckim szlaku z Indii do Tybetu, Chin i Azji Środkowej. Kiedy z Jedwabnego Szlaku zniknęły karawany kupców, a granice zostały zamknięte, region zaczął podupadać i wtedy stało się jasne, że jedynym dlań ratunkiem jest turystyka. Jednak ze względu na ostre zatargi graniczne z Chinami i Pakistanem władze Indii zdecydowały się na otwarcie Ladakhu dopiero w połowie lat 70. Przez większą część roku, kiedy drogi w Himalajach są zasypane śniegiem, Leh żyje własnym, niespiesznym rytmem. Na kilka letnich miesięcy z sennego miasteczka przeistacza się w gwarne centrum turystyczne. Spalone słońcem twarze, spłowiałe plecaki, trekkingowy ekwipunek rozłożony na werandach hoteli, suszące się w słońcu namioty, opowieści ze szlaku nad szklaneczkami indyjskiej herbaty nadają miastu ów nieuchwytny, magiczny koloryt dobrze znany wszystkim entuzjastom gór. ręceprecz odtybetu
25-tysięczna populacja Leh składa się przede wszystkim z buddystów, ale nie brak i przedstawicieli innych wyznań. W centrum miasta stoi XVII-wieczny meczet - pamiątka po przymierzu, które królestwo Ladakhu zawarło z muzułmańskim Kaszmirem przeciw władcy Tybetu V Dalajlamie. Relacje z muzułmanami nie układają się wzorowo. Na początku lat 90. fala przemocy i terroru, która przetoczyła się przez aspirujący do niepodległości Kaszmir, przepłoszyła turystów, pozbawiając mieszkańców jedynego źródła dochodu. Przedsiębiorczym Kaszmirczykom najbliżej było do Leh, tu więc przenieśli swoje interesy. Rodowici Ladakijczycy podnieśli wrzawę, że przybysze odbierają im klientów. I mieli rację - Kaszmirczycy to urodzeni kupcy. Zanim w ogóle napomkną o dywanach, biżuterii i młynkach modlitewnych, które mają do sprzedania, pokażą nam zdjęcia swoich bliskich, opowiedzą o rodzinnym domu w Kaszmirze i napoją herbatą przyrządzoną na sposób kaszmirski (z cynamonem, rodzynkami i orzechami - pycha!). Mało kto ma wówczas sumienie wyjść ze sklepu z pustymi rękami.
Na wzgórzu w starej części miasta stoi pałac królewski zbudowany w XVI w. przez Soyanga Namgyala. Po zajęciu Leh przez wojska Gulaba Singha (patrz: Mały Tybet i jego historia), król Ladakhu udał się na wygnanie do wsi Stok, kilkanaście kilometrów od stolicy. Rodzina królewska mieszka tam do dziś, zaś starą, zrujnowaną siedzibę kupił i restauruje Archaeological Survey of India. Z pałacu zygzakowata droga prowadzi do gompy (świątyni) Tsemo. Warto się tam wspiąć choćby po to, żeby popatrzeć z góry na miasto. W morzu szarych, płaskich jak stół dachów widać zieloną plamę - to Changspa, peryferyjna dzielnica Leh, gdzie kwateruje większość turystów. W porównaniu z bezdrzewnym, zakurzonym i zgiełkliwym centrum miasta Changspa jest niczym inna planeta. Zieloną oazę przecinają szemrzące strumyki, za kamiennymi murkami ogradzającymi posesje kwitną kwiaty, kuszą drzewa morelowe obsypane owocami. Z Changspy ładny szlak prowadzi do gompy Sankar, w której stoi posąg Awalokiteśwary z tysiącem głów i tysiącem ramion. Awalokiteśwara (w sanskrycie: "Pan spoglądający w dół"), po tybetańsku zwany Czenrezigiem, to jeden z ośmiu wielkich bodhisattwów - figur otaczanych w Tybecie wielką czcią. Powodowany miłosierdziem bodhisattwa poświęca swoją nirwanę i ślubuje odradzać się tak długo, dopóki ostatnia cierpiąca istota nie dostąpi łaski oświecenia. Tysiąc głów i ramion Awalokiteśwary oraz jego miękkie, łagodne rysy symbolizują bezgraniczne współczucie, jakim darzy wszystkie żywe istoty. Kolejnymi inkarnacjami wielkiego Awalokiteśwary są Dalajlamowie. ręceprecz odtybetu
Buddyzm przeniknął do Tybetu w pierwszej połowie VII w. za króla Srong-bcan-sgam-py, a zakorzenił się dzięki działalności mnicha Padmasambhawy, który założył najstarszą sektę buddyzmu tybetańskiego nyingma - Starą Sektę, zwaną też sektą Czerwonych Czapek. W XI w. wędrowny nauczyciel Ringchen Zangpo polecił wybudować w Ladakhu, Zanskarze i zachodnim Tybecie 108 klasztorów. W odróżnieniu od wcześniejszych pustelni zakładanych przez Padmasambhawę nowe klasztory tętniły życiem, były prężnymi ośrodkami religijnymi, naukowymi, artystycznymi i administracyjnymi. Pod ich wpływem kształtowała się kulturowa i religijna tożsamość Ladakhu. Niektóre z tych klasztorów (Alchi i Lamayuru w dolinie Indusu, Sani w Zanskarze) stoją do dziś. Na przełomie XIV i XV w. uczony mnich Tsongkhapa z północno-wschodniego Tybetu założył nową szkołę gelug, zwaną potocznie Żółtymi Czapkami, która przejęła większość klasztorów w całym Tybecie i do dzisiaj nieprzerwanie dzierży duchowy prymat. Legenda opowiada, że kiedy ten wielki reformator buddyzmu był przyjmowany do klasztoru, przy rozdawaniu szat zakonnych zabrakło dla niego - jako ostatniego w szeregu nowicjuszy - czerwonej czapki, zwyczajowego nakrycia głowy mnicha. Dostał więc pierwszy lepszy kapelusz - przypadkiem był on żółty. Tsongkhapa nigdy już się z nim nie rozstał, a żółć stała się kolorem zreformowanego Kościoła. ręceprecz odtybetu
Lamajskie klasztory są jedną z największych atrakcji Ladakhu. Znajdziemy je we wszystkich zakątkach doliny Indusu i przy odległych szlakach karawanowych. Uczepione wysokich skał, zawieszone nad urwiskami przypominają fortece. Wszystkich, którzy chcą obejrzeć je z bliska, czeka długa i mozolna wspinaczka. Budynki klasztorne rozmieszczone są amfiteatralnie na kilku poziomach, stosownie do ich rangi i przeznaczenia. Pobielone wapnem pomieszczenia gospodarcze, kuchnia i cele mnichów tworzą fundament klasztornego kompleksu. Wyżej znajdziemy lhakhang - świątynię poświęconą bodhisattwom, założycielom sekt i tulku (inkarnacjom przełożonych klasztoru), w której odprawia się modły. Każdy klasztor ma co najmniej jeden lhakhang. Na samym szczycie wznosi się łatwo rozpoznawalny po ciemnoczerwonym tynku gonkhang - świątynia bóstw opiekuńczych, których zadaniem jest ochrona klasztoru i pobliskich osad przed demonami. Do świątyni buddyjskiej może wejść każdy bez względu na wyznanie, co jest zawsze miłym zaskoczeniem dla tych, którzy w Indiach spotkali się z zakazem wstępu do niektórych meczetów czy świątyń hinduistycznych. Gości obowiązują dwie zasady: zdjęcie butów i poruszanie się po świątyni zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Mnisi, zwłaszcza z klasztorów rzadziej odwiedzanych przez turystów, chętnie wcielają się w role przewodników. Zdarzały mi się zarówno wizyty w klasztornej kuchni połączone z degustacją campy (prażona mąka jęczmienna - podstawa diety Tybetańczyków), jak i audiencje u głównego lamy. ręceprecz odtybetu
Większość klasztorów w Ladakhu należy do sekty Żółtych Czapek uznającej zwierzchnictwo Dalajlamy. Jednak największy ladakijski klasztor Hemis (45 km od Leh) jest we władaniu Czerwonych Czapek. Rywalizacja między obiema sektami nasiliła się w XV w., po uniezależnieniu się Ladakhu od Tybetu. W 1610 r. władca Ladakhu Singe Namgyal ufundował klasztor Hemis, który miał stanowić przeciwwagę dla ekspansywnej polityki V Dalajlamy i ograniczać wpływy mnichów z sekty gelug uważanych za "agentów" Tybetu. Rodzina królewska do dzisiaj utrzymuje ścisłe związki z klasztorem, w którym żyje 500 mnichów. Klasztor słynie przede wszystkim z dorocznego festiwalu, który odbywa się w piątym miesiącu kalendarza tybetańskiego (zwykle na przełomie czerwca i lipca), a upamiętnia dzień urodzin Padmasambhawy, założyciela sekty. Przez dwa dni mnisi wykonują rytualny taniec cam wywodzący się z przedbuddyjskiej religii bon i obrazujący zwycięstwo dobra nad złem. Raz na 12 lat rozwijana jest olbrzymia 12-metrowa tanka z wizerunkiem Padmasambhawy. W sezonie turystycznym Hemis przeżywa prawdziwe oblężenie. Od szumu migawek i różnojęzycznej wrzawy najchętniej uciekam na strome zbocza za klasztorem, gdzie pośród starych zabudowań klasztornych i maleńkich glinianych czortenów mogę nacieszyć się ciszą. ręceprecz odtybetu
64 km dzielą od Leh śliczną wioskę Alchi leżącą w sąsiedztwie jednego z najstarszych i najpiękniejszych klasztorów Ladakhu, założonego w XI w. przez Ringchena Zangpo. W XI-wiecznym Tybecie brakowało wprawnych artystów, Ringchen Zangpo powierzył więc dekorację świątyń 32 malarzom i rzeźbiarzom sprowadzonym z Kaszmiru. Główna, trzypiętrowa świątynia Sumtsek (sum po tybetańsku - trzy, tsek - piętro) została zbudowana na planie mandali. Jej ciemne, pachnące kadzidłami wnętrze zdobią malowane mineralnymi farbami freski - arcydzieła stylu kaszmirskiego, które dzięki półmrokowi panującemu w świątyni zachowały barwy i wyrazistość. Wiele świątynnych malowideł ma tematykę świecką. Portrety królów, dworzan i dam, sceny z polowań i dworskiego życia oczarowują elegancją linii, bogactwem ornamentyki, misternością detalu, starannością wykończenia. ręceprecz odtybetu
Z Alchi warto przespacerować się na drugą stronę Indusu do wioski Saspol i zapytać o drogę do tysiącletnich grot medytacyjnych z pięknie zachowanymi freskami.
W latach 90. otwarto dla turystów malowniczą dolinę Nubry graniczącą ze spornym rejonem Aksai Chin anektowanym przez Chiny w 1962 r. U zbiegu Nubry i górnego Shyoku przycupnęła niewielka wioska Diskit. Najwyższym punktem na drodze z Leh do Diskit (108 km, dziewięć godzin jazdy autobusem) jest przełęcz Khardung (5606 m n.p.m). Niegdyś prowadził tędy szlak handlowy łączący Ladakh z Turkiestanem. Na przełęczy stoi pomalowany na niebiesko słup z napisem: "World's highest motorable road" (najwyższa droga samochodowa świata). Słup, mimo swej szpetoty i wątpliwej urody tła w postaci składowiska zardzewiałych beczek, jest oblegany przez turystów pozujących do zdjęć. Jednym z powodów, dla którego nie potrafię odmówić sobie kolejnej wizyty w Diskit, jest wspaniały XVII-wieczny klasztor zjawiskowo usytuowany na krawędzi huczącego kanionu. W klasztorze spędzam zwykle cały dzień. Wczesnym rankiem dźwiękami dzwonków i trąb rozpoczyna się pudża - buddyjskie nabożeństwo. Godzinną melorecytację świętych wersetów przerywa głośne, chóralne siorbanie tybetańskiej herbaty (z solą i masłem z mleka jaka). Załapuję się też na śniadanie. Kilkuletni mnich podchodzi do mnie z wiadrem campy. Wsypuję garść do szklaneczki z herbatą, mieszam palcem i... smacznego! Po pudży lubię przycupnąć w kącie klasztornego dziedzińca i obserwować codzienną krzątaninę mnichów. Mnisi z Diskit są bardzo gościnni, zawsze znajdzie się ktoś, kto zaprosi na herbatę i oprowadzi po świątyniach. Siadam na świątynnym progu i przestaję zważać na upływające godziny. Wolę patrzeć, jak posągi buddów i bodhisattwów rozświetla zakradające się przez otwarte drzwi słońce. ręceprecz odtybetu
Unikatowa, fascynująca uroda Ladakhu najpełniej objawiła mi się podczas wędrówek górskimi szlakami. Jeden z najpiękniejszych wiedzie przez sąsiadujące z Ladakhiem pasmo gór Zanskaru. Przejście 350-kilometrowej trasy z Lamayuru do Darchy trwa trzy tygodnie i jest możliwe tylko latem (najlepiej w lipcu lub sierpniu). Pokonanie dziewięciu przełęczy, z których prawie wszystkie są ponad 4000 m n.p.m., z namiotem i zapasem jedzenia w plecaku dobitnie uzmysławia, że Himalaje to nie tylko zachwycające panoramy ośnieżonych szczytów. To przede wszystkim trud, mozół i codzienna walka z własną słabością. ręceprecz odtybetu
Ladakh jest najsuchszym rejonem Indii. Letni monsun powodujący ulewy na subkontynencie zwykle nie jest w stanie przedrzeć się przez zaporę w postaci głównej grani Himalajów. Po jej północnej stronie rozciąga się suchy jałowy step, skalista pustynia poza dolinami rzek całkowicie pozbawiona roślinności. A jednak to wysokogórskie pustkowie pozostanie dla mnie jednym z najbardziej przyjaznych miejsc pod słońcem. Ladakijczycy oswoili je bowiem na swój własny, buddyjski sposób. Kiedy na bezdrożu widzę kopczyk ułożony z kamieni, nabieram pewności, że nie zabłądziłam. Kiedy na smaganej wichrami przełęczy dostrzegam plątaninę kolorowych flag z wypisanymi modlitwami, które wiatr unosi w przestworza, z ufnością ruszam w dół, wierząc, że ich dobroczynna moc pomoże mi bezpiecznie dojść do celu. Kiedy trafiam na gliniany czorten (rodzaj przydrożnej kapliczki - relikwiarza), wiem, że znaczy on drogę do wioski lub do klasztoru, w którym być może uda się znaleźć nocleg, a na pewno uda się napić herbaty i chwilę odsapnąć. ręceprecz odtybetu
Bo Ladakh to nie tylko nadzwyczajna uroda krajobrazu - to przede wszystkim ludzie. W tym dalekim zakątku ziemi nigdy nie czułam się obca. Ladakijczycy nie dzielą ludzi na białych i kolorowych, Europejczyków i Azjatów, chrześcijan i buddystów. Od lat zastanawiam się nad fenomenem tej nacji. Dla buddyjskich mnichów nie ma nic dziwnego w tym, że w ich klasztorze o 5 rano zjawia się blondynka metr osiemdziesiąt i chce uczestniczyć w porannych modłach. O nic nie pytają. Nie traktują jak intruza czy profana, tylko szeroko otwierają drzwi świątyni i wskazują miejsce, gdzie można usiąść. Spotkania z tymi ludźmi pozostaną dla mnie jedną z najpiękniejszych i najbardziej budujących życiowych lekcji. źródło: turystyka.gazeta.pl
_________________ Dum spiro, spero.
"Women are meant to be loved, not to be understood."
Kwestie, które miały zdominować całą kampanię, pojawiły się już po pierwszej fali demonstracji z jesieni 1987 roku. Odpowiedzialnością za niepokoje obarczono „wysłanych przez klikę Dalaja" cudzoziemców i sabotażystów, którzy „zwodzili i ogłupiali masy". Politykę prowadzoną w Tybecie w okresie reform lat osiemdziesiątych nadal uznawano za słuszną. Jesienią 1987 roku demonstrantów nie nazywano jeszcze „kontrrewolucjonistami" - termin usprawiedliwiający najsurowsze represje i kary - lecz zwykłymi „przestępcami". W tym czasie celem kampanii było podkreślanie pozytywnych aspektów reform oraz potrzeby zachowania „jedności i stabilizacji", niezbędnych do dalszego postępu i rozwoju.
Urzędnicy tybetańscy z pewnością mieli powody, by w swych raportach do centrali w Pekinie bagatelizować znaczenie manifestacji w Lhasie. Być może wydawało się im, że z łatwością odizolują prowodyrów, że ludność przekonana jest o potrzebie wspierania reform i że demonstracje zostaną szybko stłumione. 19 stycznia 1988 roku Panczenlama usprawiedliwiał politykę reform i rozluźnienia kontroli w Tybecie, przypisując demonstracje problemom, jakie pozostawiło po sobie „dwadzieścia lat rządów błędnej lewackiej ideologii":
Ten stan rzeczy stanowił sposobność, którą wykorzystali separatyści do wzniecenia niepokojów. Rozmaite błędy oraz luki w naszej pracy stworzyły warunki, niczym suche drewno, do podsycania płomieni, prowokowania problemów i rozruchów2.
Panczenlama przyznał, że osobiście zabiegał o zwolnienie większości Tybetańczyków aresztowanych po jesiennych demonstracjach i nalegał na nieodstępowanie od prowadzonej obecnie polityki. Ostrzegał przy tym, że na osoby jak on utożsamiane z przemianami, już wywierają naciski ludzie, którzy sprzeciwiają się reformom, zwłaszcza w sprawach związanych z narodowością i religią:
Po zamieszkach w Lhasie niektórzy myśleli, że doszło do nich, gdyż posunęliśmy się za daleko w realizacji naszego programu politycznego, polegającego na naprawianiu krzywd i korygowaniu błędów poprzedniego okresu: ponieważ zagalopowaliśmy się we wprowadzaniu nowej strategii wobec religii, lamowie stali się aroganccy, prowadząc nową politykę wobec mniejszości, podsyciliśmy ciasny nacjonalizm, i tak dalej. Utrzymują oni, że reakcją na zamieszki powinien być powrót do starych praktyk, odstąpienie od prowadzonej obecnie i wypracowanej przez nas polityki łagodności oraz zastosowanie surowych środków; sądzą, że bez tego nie uda się uporać z problemami. Choć poglądy takie podziela niezbyt wielu, są one jednak obecne wśród naszych kadr. Musimy być wobec nich bardzo rozważni i traktować je z najwyższą powagą. Idee takie, jeśli będą się rozprzestrzeniać, mogą bowiem spowodować ogromne kłopoty3.
Natychmiast po październikowych demonstracjach zaczęto zwoływać kolejne „zebrania" w departamentach odpowiedzialnych za politykę rozluźnienia i wprowadzanie reform w Tybecie: regionalnej OLPKK, lokalnej Komisji ds. Narodowości i Religii, Stowarzyszeniu Buddyjskim i Departamencie Pracy Frontu Jedności KPCh. Tybetańscy przedstawiciele w tych ciałach musieli kolejno potępiać separatystów, którzy wywołali demonstracje, wychwalać stosunek partii do religii oraz opowiadać się za jednością macierzy i narodowości.
Deklaracje lojalności zrehabilitowanych bezpartyjnych przywódców (tak zwanych „patriotycznych wyższych sfer") miały zapewne służyć dwóm celom. Po pierwsze, mówiąc, że nigdy jeszcze nie było tak dobrze - odbudowa klasztorów, poprawa sytuacji gospodarczej, przywrócenie wolności religii - ludzie ci dawali legitymację obecnemu reżimowi. Byli przecież rdzeniem Frontu Jedności w Tybecie i mieli stanowić przeciwwagę dla skupionych wokół Dalajlamy kół emigracyjnych, rozładowując napięcia na tle narodowościowym. Po drugie, sami byli obiektem kampanii antyseparatystycznej. Należało położyć kres nawet najsubtelniejszemu wsparciu, jakiego mogli udzielić temu ruchowi. Trzeba było im uświadomić, że rehabilitacja, odzyskane wpływy, a także wszelkie ustępstwa w dziedzinie religii i edukacji - wiszą na włosku. Kampania była więc dla nich wyraźnym ostrzeżeniem. Większości krytykowanie Dalajlamy i przekreślanie sprawy [niepodległości] Tybetu nie przychodziło łatwo. Był to pierwszy prawdziwy test lojalności wobec chińskich władz, jakiemu poddano te kręgi od czasu powrotu z niebytu w latach osiemdziesiątych.
_________________ "Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"
'A w kominie szurum burum, a na polu wiatr do wtóru, a na chmurze bal do rana, a pogoda rozśpiewana.Zielono mi i spokojnie, zielono mi.' bo w życiu ważne jest poczucie koloru
Prawie pół roku temu z inicjatywy kilku studentów zainteresowanych buddyzmem powstała grupa naukowa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Miała się ona zająć kulturami i społeczeństwami, na które mocno oddziaływuje buddyzm tybetański. ręceprecz odtybetu
W ten sposób w ramach Instytutu Wschodniego założona została Sekcja Północnoazjatycka Koła Naukowego Wschodoznawców pod opieką dra Ivana Peshkova. Początkowe projekty zakładały przedstawienie problematyki takich regionów jak Kałmucja, Buriacja czy Tuwa, w których dharma (nauka buddyjska) jest dominującą nauką. Obecnie jest tam zauważalna jej mocna reaktywacja po niekorzystnym okresie komunizmu. Pierwszym naszym gościem była mgr Veronika Belyaeva, doktorantka Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej, która przez blisko dwa lata badała społeczeństwa buddyjskie na terytorium Federacji Rosyjskiej. Tematem jej wykładu były zagadnienia związane z odrodzeniem się buddyzmu w Kałmucji, która jest jedynym regionem w europejskiej części Rosji związanym z kulturą mongolsko-tybetańską. Wystąpienie zostało wzbogacone licznymi zdjęciami przedstawiającymi miejscowe budowle buddyjskie, takie jak klasztory czy stupy. ręceprecz odtybetu
Dyskusja nad wykładem skłoniła nas to do rozszerzenia problematyki o podstawy doktryny Buddy. Stworzyliśmy więc projekt Dni Kultury Tybetańskiej z zamiarem przedstawienia szerszej widowni, czym jest buddyzm i jakie są jego kulturalne aspekty. Dobrą okazją był nowy rok tybetański LOSAR przypadający na koniec lutego. To wydarzenie wielkiej wagi dla społeczeństw związanych z kulturą tybetańską. Zorganizowaliśmy dwudniową konferencję obejmującą 8 krótkich wykładów poprowadzonych przez naukowców oraz osoby związane z buddyzmem. ręceprecz odtybetu
Pierwszy dzień poświeciliśmy tradycji buddyjskiej wczoraj i dziś. Rozpoczął go mgr Rafał Kowalczyk z Opola, który podróżuje po Polsce z wykładami na temat historii buddyzmu w starożytnych Indiach. W ciekawy sposób przedstawił, jak rozwijały się nauki Buddy do momentu ich dotarcia do Tybetu. Mogliśmy zobaczyć na slajdach pierwsze budowle buddyjskie, a także pozostałości po wielkim królestwie dhramy króla Aśoki. Wykład pokazał, jak prężnie rozwijały się nauki Buddy w starożytnych Indiach oraz jak duży okazał się ich wpływ na ówczesna kulturę. Ciekawym wątkiem było pierwsze spotkanie buddyzmu z cywilizacją europejską. Stało się to za sprawą Aleksandra Wielkiego, który dotarł ze swoją ogromną armią aż do Indii, kończąc tym samym podbój ówczesnego „świata”. Kolejnym prelegentem był dr Andrzej Rozwadowski, pracownik Instytutu Wschodniego. Podjął się on przedstawienia interakcji kulturowych buddyzmu z innymi religiami na Szlaku Jedwabnym w takich krainach jak Grekobaktria oraz Sogdiana (Azja Środkowa). To właśnie na tamtych terenach powstały pierwsze posążki Buddy, których forma praktycznie do dziś się nie zmieniła. Trzeba zauważyć, że Jedwabny Szlak był wielkim kulturowym tyglem, a każda kultura, która na nim zaistniała mogła liczyć na „eksport” do dalekich krain. Nie ominęło to buddyzmu, który w ten sposób rozprzestrzenił się na niespotykaną skalę. Zakończenie dnia należało do nauczyciela buddyzmu Tadeusza Uchty, zrzeszonego w Związku Buddyjskim Karma Kagyu. Tematem wykładu był buddyzm na Zachodzie, oraz jego rozwój przez ostatnich 30 lat. Wszystko zaczęło się od prośby XVI Karmapy (mistrz medytacji buddyzmu tybetańskiego) skierowanej do jego bliskiego ucznia Duńczyka Lamy Olego Nydhala, aby ten przeniósł nauki Buddy na Zachód. Po powrocie do Europy założył on pierwsze ośrodki medytacyjne, inspirując wielu ciekawych i wolnomyślących ludzi do praktykowania buddyzmu pozbawionego balastu kulturowego. Było to ponad 30 lat temu. Obecnie istnieje ponad 500 ośrodków na całym świecie, w tym 49 w Polsce. Dzięki temu buddyzm stał się widoczny. Skupia ludzi z wielu krajów, którzy swój typowo zachodni styl życia z powodzeniem łączą z buddyjskimi naukami. Na zakończenie pierwszego dnia konferencji odbyła się projekcja filmu „Ryk Lwa” prezentującego sylwetkę XVI Karmapy. Film zawiera unikatowe nagrania i zdjęcia z pobytów tego lamy na Zachodzie, a także wypowiedzi jego bliskich uczniów na temat buddyzmu i jego samego. ręceprecz odtybetu
Drugi dzień zatytułowany był „Reaktywacja tradycji w społeczeństwach pobuddyjskich”. Zaplanowaliśmy trzy wykłady naukowe dotyczące badań takich regionów jak Buriacja czy Mongolia pod kątem istniejących tam tradycji buddyjskich. Zastanawialiśmy się głównie nad ich obecną kondycją. Mgr Zbigniew Szmyt z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM przedstawił sytuację w Mongolii. Buddyzm w tym regionie znajduje się na zakręcie, czekając na impuls do ponownego odrodzenia. Na razie ludzie bardzo powierzchownie traktują nauki Buddy, dostosowując je do własnych potrzeb i podchodząc do nich raczej nawykowo. Najstarsza cześć społeczeństwa mongolskiego jest najbardziej „wierząca”. Co ciekawe, w ostatnich latach obserwuje się wzrost zainteresowania młodych ludzi buddyzmem. Daje to nadzieję na odrodzenie się nauk Buddy w Mongolii. ręceprecz odtybetu
Kolejną prelegentką była mgr Agnieszka Mińkowska, również reprezentująca Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Zajęła się ona problematyką uchodźców z Tybetu i ich postrzeganiem buddyzmu. Zauważalne jest ich stopniowe odchodzenie od buddyzmu pod wpływem kultury masowej. Tybetańczycy urodzeni na uchodźstwie, np. w krajach zachodnich, tracą związki ze swoją kulturą. ręceprecz odtybetu
Konferencję zakończyła związana z tym samym instytutem mgr Veronika Belyaeva, której wykład dotyczył trzech regionów Federacji Rosyjskiej, gdzie dominuje buddyzm: Kałmucji, Tuwy i Buriacji. O ile o Kałmucji mieliśmy okazje słyszeć na wcześniejszym wykładzie, o tyle tematyka Tuwy i Buriacji była dla nas nowa. Leżą one, w odróżnieniu od Kałmucji, w azjatyckiej części Rosji. Obie graniczą ze sobą oraz z Mongolią. Tuwa jest jedyną republiką, w której oficjalną religią jest oprócz buddyzmu szamanizm. Obie religie współistnieją ze sobą i wywierają na siebie wpływ. W Tuwie obserwuje się duży „boom” na buddyzm, który odradza się tam dość szybko. Jego zwierzchnikiem duchowym jest, tak jak w Buriacji, XIV Dalaj Lama. Buriacja położona na wschód od Tuwy ma podobne zapatrywania na buddyzm. Jej stolicą jest Ułan Ude i tam znajdują się główne kompleksy klasztorne oraz stupy. Szamanizm został tutaj częściowo „nawrócony” na buddyzm. Wielu bogów szamanistycznych jest teraz przedstawianych jako strażnicy nauki buddyjskiej. Analogiczna sytuacja miała miejsce w Tybecie. Było to typowe postępowanie podczas wprowadzania buddyzmu na dany teren. ręceprecz odtybetu
Zwieńczeniem oraz oficjalnym zakończeniem imprezy był wykład Karola Ślęczka, nauczyciela buddyjskiego, doktora filozofii. Była to ogólna charakterystyka buddyzmu Diamentowej Drogi. Przedstawione zostały poglądy buddyzmu na temat „ego”, umysłu, medytacji oraz przestrzeni. Można było się również dowiedzieć, czym różni się prawda relatywna od absolutnej. Padło wiele pytań od zgromadzonej publiczności. Dowodzi to, że temat buddyzmu jest dla wielu z nas interesujący. Po wykładzie odbyła się kolacja w poznańskim ośrodku buddyzmu Diamentowej Drogi, a rozmowy na najróżniejsze tematy toczyły się do późnej nocy. źródło: tutej.pl/
_________________ Dum spiro, spero.
"Women are meant to be loved, not to be understood."
13 października Departament Propagandy lokalnego oddziału partii wydał dokument, w którym określono „najważniejsze punkty" rozpoczynających się właśnie w całym regionie studiów ideologicznych: po pierwsze, niepokoje zostały zaplanowane i wzniecone przez „klikę Dalaja", po drugie, narodowa jedność jest niezbędna dla „polityki reform, otwarcia na świat i ożywienia gospodarki", po trzecie, obowiązuje „nierozdzielność" - Hanowie i Tybetańczycy nie mogą bez siebie żyć4.
Owe „studia" prowadzić mieli przedstawiciele administracji jednostek produkcyjnych, departamentów rządu i komitetów dzielnicowych, powołanych w Tybecie przez władze komunistyczne. Dzięki sieci owych organizacji każda jednostka przypisana była do którejś z nadzorowanych „grup dyskusyjnych"5. Te same struktury śledziły zachowanie obywateli i informowały o nim bezpośrednio Biuro Bezpieczeństwa Publicznego (BBP). Ciała te straciły na znaczeniu po wprowadzeniu reform w latach osiemdziesiątych; w 1984 roku liczbę wymaganych wieców politycznych zredukowano z trzech do jednego w tygodniu. Podczas zebrań regularnie omawiano tematy ideologiczne i praktyczne, takie jak zdrowie, higiena czy edukacja. Przed wybuchem zamieszek kwestie polityczne ograniczały się do wychwalania osiągnięć „nowej polityki tybetańskiej" w gospodarce i oświacie. Zagadnień takich jak lojalność czy niepodległość Tybetu nie poruszano nigdy.
Edukację polityczną prowadzono w pracy i w miejscu zamieszkania - to, gdzie należało w niej uczestniczyć, zależało od „rejestracji" (them-mtho). Każde osiedle (sgo-ra) w tybetańskiej części miasta podlega komitetowi dzielnicowemu (sa-gnas u-yon lhan-khang), który ma własną siedzibę i personel. Z reguły Komitet organizuje zebrania dla przełożonych (go-'khrid) kwartałów, podając im tematy, jakie należy poruszać podczas wieców „osiedlowych". W początkowym okresie kampanii urzędników rządu poinformowano, że będą bezpieczniejsi, przeprowadzając się ze swoich domów do kwater rządowych. W ten sposób mogli uniknąć atmosfery grozy i zastraszania, budowanej w dzielnicach tybetańskich. W urzędach przed kampanią chroniła ich obecność Chińczyków. Poza tym, głoszenie „błędnych poglądów" na wiecu „jednostki produkcyjnej" mogło skończyć się reprymendą czy ostrzeżeniem przełożonego, nie prowadziło jednak do wszczęcia śledztwa przez BBP i ewentualnego aresztowania. Niemniej jeden z pracowników biura rządowego mówi:
Władze wystąpiły z tą propozycją, ponieważ się obawiały. Próbowały odciąć ludzi od ruchu. Wielu Tybetańczyków było wściekłych, ale bali się mówić, żeby nie stracić pracy.
Komitety dzielnicowe zwoływały wiece przede wszystkim po to, żeby zidentyfikować osoby, które mogły brać udział w demonstracjach lub żywić dysydenckie poglądy. Jeden ze świadków informuje, że prowadzący zebranie ostrzegał:
Wszystkich, którzy wezmą udział w antyrządowych wystąpieniach, spotka surowa kara. Nagrodzimy każdego, kto powie nam o osobach biorących udział w demonstracjach lub rozlepiających plakaty. Jeśli nie możecie poinformować osobiście, napiszcie wszystko na kartce i wsuńcie ją pod drzwi komitetu dzielnicowego, a my już zajmiemy się tymi, których wskażecie.
Wyższym urzędnikom polecono zbadać powiązania między podlegającymi im mieszkańcami a społecznością uchodźców. Rodziny, które wysłały dzieci do szkół w Indiach, uznawano za politycznie podejrzane. BBP organizowało też sieć płatnych informatorów, „szarych" obywateli, którzy zwiększali swoje dochody donosami na sąsiadów. W dzielnicach tybetańskich, gdzie większość mieszkańców trudni się handlem (z reguły drobnym) i nie należy do jednostek produkcyjnych, budowanie sieci informatorów ma wiele cech reketu. Osoby, które odmawiają współpracy, mogą stracić licencję, a co za tym idzie - źródło utrzymania; gorliwych nagradza się przywilejami takimi jak specjalne zezwolenia na podróżowanie. Donosiciele biorą również udział w zebraniach, bezpośrednio informując BBP o tym, co kto mówił.
Mieszkańcom regularnie podawano tematy „do przemyślenia" i dyskusji. Na przykład, czy mnichów, którzy brali udział w demonstracjach, należy wyrzucać z klasztorów, a jeśli tak, to co z nimi później zrobić? Wypowiedzi osób, które popierały Chińczyków, publikowano potem w mediach. Jednym z najważniejszych celów takich zebrań jest identyfikacja potencjalnych dysydentów poprzez wymuszanie świadectw lojalności. Nazwiska osób odmawiających współpracy są zapisywane. Choć zwykle nie aresztuje się ich od razu, jako pierwsze trafiają za kraty po następnej fali demonstracji. Wielu szuka pretekstów, by nie uczestniczyć w dyskusjach - twierdzą na przykład, że nie widzieli żadnej manifestacji, albo że wiedzą zbyt mało, żeby zabierać głos. Zmusza się ich często do deklarowania poparcia dla Chińczyków, robią to jednak niechętnie i bez entuzjazmu.
Prawdziwym testem lojalności była gotowość do krytykowania Dalajlamy, na co nie chciał się zgodzić żaden Tybetańczyk. O to właśnie rozbiły się próby organizowania prochińskich kontrdemonstracji wymierzonych w Dalajlamę. Tybetańczyków można było nakłonić do wygłoszenia paru wiernopoddańczych frazesów na wiecu politycznym, ale nie do zaatakowania Dalajlamy. Z reguły Chińczycy nie robili więc tego bezpośrednio, mówiąc raczej o „klice Dalaja". Tybetańczycy natychmiast to dostrzegli i starali się wykorzystać. I tak, na przykład, na jednym z wieców organizowanych przez komórkę administracyjną wstał młody Tybetańczyk i powiedział: „To, co się stało, może i było bardzo złe, nie należy jednak znieważać Dalajlamy ani obwiniać o wszystko „kliki" [ru-tshogs] Dalaja, gdyż jest on naszym przywódcą religijnym". Został później wezwany do biura dyrektora, który kazał mu „zmienić sposób myślenia", na tym się jednak skończyło.
Tybetańczycy błyskawicznie nauczyli się wygrywać dwuznaczność, wiążącą się z polityczną i duchową rolą Dalajlamy. Na wiecach politycznych domagali się „wolności religii", którą gwarantuje chińskie prawo, i odmawiali krytykowania Dalajlamy, na ulicach był zaś on dla nich najważniejszym symbolem niepodległości Tybetu.
Po pierwszych demonstracjach z jesieni 1987 roku powołano specjalną grupę do spraw edukacji politycznej i prowadzenia dochodzeń w klasztorach. Do ministerstw i jednostek produkcyjnych wysłano stosowne zawiadomienie, prosząc o wybranie kadr, które zostaną przeszkolone, a następnie wcielone do zespołów edukacyjnych, nazywanych kolektywnie „grupą roboczą" (las-don ru-khang)6. Na czas kampanii ludziom tym udzielono urlopów, a pensje wypłacał im nadal pierwotny pracodawca. Dodatkowo otrzymywali też premie za „pracę polityczną". Podobną grupę roboczą uformowano z funkcjonariuszy komitetów dzielnicowych, których przeszkolono i wysłano do prowadzenia edukacji politycznej wśród mieszkańców miasta. W latach 1987-89 grupy kierowane do klasztorów spędzały w nich od kilku tygodni do kilku miesięcy, wszczynając dochodzenia, identyfikując potencjalnych wichrzycieli i zwołując wiece.
Początkowo grupa robocza nie prowadziła edukacji politycznej w departamentach i przedsiębiorstwach rządowych; odpowiadali za nią kierownicy tych placówek. Niemniej wraz z rozwojem kampanii i kolejnymi niepokojami pod znakiem zapytania stanęła skuteczność kontroli także w tych instytucjach. Grupa robocza stała się integralną częścią życia Tybetańczyków. Z czasem okazało się, że jej najważniejszym celem jest wykrywanie separatystów. W październiku 1989 roku w samej Lhasie działało trzystu funkcjonariuszy, a na terenie całego regionu - co najmniej tysiąc. Nadal stacjonowali w klasztorach, ale ich mandat obejmował już także instytucje pierwotnie wyłączone z kampanii. Dwa, trzy razy w tygodniu zwoływano w biurach cztero-, pięciogodzinne wiece, podczas których pracownicy musieli rozmawiać na temat demonstracji. Komitetom dzielnicowym kazano oddzielić tych, którzy mieli coś wspólnego z separatystami, od osób nadających się do reedukacji. Szczególną uwagę poświęcano poglądom uczestników poprzednich manifestacji - prowadzono z nimi szczegółowe wywiady pod pozorem „badania opinii publicznej".
W listopadzie 1989 roku zorganizowano szkolenie dla kadr; uczestnicy otrzymali zadanie wykrycia dysydentów w każdym klasztorze, biurze i dzielnicy. Dyrektywy dla klasztorów brzmiały tak: po pierwsze, przeciwstawiać się separatyzmowi i „klice Dalaja"; po drugie, potępić przyznanie Dalajlamie Pokojowej Nagrody Nobla i przeprowadzić stosowną kampanię; po trzecie, kontynuować identyfikowanie uczestników demonstracji i ich popleczników - zwłaszcza takich, którzy nie brali czynnego udziału w zajściach - oraz wydalać niezarejestrowanych mnichów; po czwarte, prowadzić poszukiwania separatystów nawet w najmniejszych świątyniach.
Dyrektywa ta wyznacza w pewnym sensie normę, gdyż zakłada, iż w każdej organizacji muszą znajdować się jacyś separatyści. Podkreślano, że tym razem poszukiwania muszą być „pełne". Te same procedury miały obowiązywać w dzielnicach mieszkalnych i wszystkich placówkach, w których, wydział po wydziale, należało prowadzić poszukiwania wichrzycieli.
Tybetańczyk przekazujący te informacje, zwrócił uwagę, że sytuacja przypomina lata sześćdziesiąte, należy jednak podkreślić, iż przez cały czas trwania kampanii nie podjęto żadnych kroków, sugerujących powrót do praktyki „klasyfikacji klasowej", która wiązała się z prześladowaniem określonych warstw społecznych. Teraz szło o lojalność, a nie o status. Niemniej wśród osób, wobec których prowadzono intensywne dochodzenia, było wielu Tybetańczyków, pochodzących z rodzin uznanych niegdyś za „kontrrewolucyjne". Z ostatnich dyrektyw wynikało też, że odpowiedzialność za działania poszczególnych osób ponosić będą również ich krewni. Kampanię rozszerzono na szkoły, mianując urzędników, do których należało nadzorowanie wieców politycznych dla uczniów oraz informowanie o „niewspółpracujących" dzieciach lub rodzicach. Tak więc nadzór i inwigilację każdego obywatela prowadzono już w miejscu pracy, zamieszkania oraz w szkole.
Nie wrócono też do „wieców walki" z okresu rewolucji kulturalnej, podczas których krewni i sąsiedzi musieli publicznie atakować wybrane osoby. Wiece kampanii antyseparatystycznej sprowadzały się głównie do słuchania wykładów i gróźb, a dyskusje służyć miały przede wszystkim identyfikacji potencjalnych dysydentów. Działalność grupy roboczej została zinstytucjonalizowana; jej funkcjonariusze wskazywali osoby, które należało aresztować - zatrzymania i przesłuchania należały zaś do BBP. Innymi słowy, kampania służyła konsolidacji aparatu bezpieczeństwa, a nie sterowaniu ruchem społecznym.
_________________ "Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"
'A w kominie szurum burum, a na polu wiatr do wtóru, a na chmurze bal do rana, a pogoda rozśpiewana.Zielono mi i spokojnie, zielono mi.' bo w życiu ważne jest poczucie koloru
Język tybetański to język z gałęzi tybeto-birmańskiej rodziny języków sino-tybetańskich. Jest językiem ojczystym Tybetańczyków. Używany w Tybecie, Syczuanie, Qinghai (regiony w granicach obecnej Chińskiej Republiki Ludowej) oraz w Bhutanie, Indiach, Nepalu, a także w diasporze Tybetańczyków rozproszonych m.in. w Norwegii, Szwajcarii, Republice Chińskiej, w USA. Posługuje się nim ok. 6,5 mln ludzi. ręceprecz odtybetu
Wyróżniamy tu 9 grup dialektów. Klasyczny język tybetański powstał w oparciu o centralne dialekty Lhasy; najstarsze zabytki piśmiennictwa w tym języku pochodzą z VII wieku. ręceprecz odtybetu
Jest językiem aglutynacyjnym. Szyk zdania: SOV. źródło: wikipedia.pl
_________________ Dum spiro, spero.
"Women are meant to be loved, not to be understood."
Ostatnio zmieniony przez Sol 2008-08-17, 02:07, w całości zmieniany 1 raz
5 marca 1988 roku, gdy święto Monlam dobiegało już końca, doszło do kolejnej wielkiej demonstracji. Rozpoczęli ją mnisi z klasztoru Ganden, okrążając grupę urzędników państwowych i domagając się uwolnienia Julu Dała Ceringa, słynnego lamy i uczonego, członka OLPKK, którego aresztowano w grudniu 1987 roku za rozmawianie z cudzoziemcem o niepodległości Tybetu. W czasie tych zajść oddział Ludowej Policji Zbrojnej wdarł się do Dżokhangu, zabijając, raniąc i zatrzymując mnichów, którzy szukali tu schronienia przed brutalnym biciem. Manifestacja przerodziła się w rozruchy; w ciągu kilku następnych dni aresztowano tłumy Tybetańczyków, których przewieziono do więzień znajdujących się w okolicach Lhasy (głównie Guca i Sangjipu). Wielu z nich nie uczestniczyło w zamieszkach, lecz uznano ich za potencjalnych dysydentów podczas wieców lub zostali wskazani przez przesłuchiwanych. Na podstawie raportów i świadectw osób uwięzionych w tym czasie stwierdzić można z całą pewnością, że brutalność, z jaką traktowano ich w instytucjach izolacyjnych, służyć miała zbudowaniu atmosfery strachu.
W przeciwieństwie do wcześniejszych demonstracji, 5 marca doszło do bezpośredniej konfrontacji między Tybetańczykami a umundurowanymi chińskimi żołnierzami i funkcjonariuszami służby bezpieczeństwa. Brutalność w więzieniach miała charakter systematyczny i powszechny - w kilku zaledwie przypadkach wiązała się z chęcią wydobycia informacji lub zeznań. Osoby aresztowane po 5 marca od pierwszej chwili były bite przez policję, żołnierzy i strażników. Więźniów traktowano z niezwykłym okrucieństwem - bicie, rażenie pałkami elektrycznymi, wiązanie i zawieszanie, zakuwanie w kajdany, szczucie psami - aż do chwili zwolnienia. Większość z około ośmiuset zatrzymanych wypuszczono w czerwcu bez postawienia zarzutów.
Z relacji zwolnionych wynika, że wiece i przesłuchania w instytucjach izolacyjnych były przedłużeniem kampanii prowadzonej za murami, tyle że odpowiadała tu za nią administracja więzienna. Cele i język pozostały takie same. Tortury stanowiły integralną część wszystkich przesłuchań, które prowadzono w specjalnym pomieszczeniu w obecności jednego lub dwóch strażników, śledczego i, gdy było to potrzebne, tłumacza. Oto relacja sprzedawcy, którego aresztowano 5 marca za rzucanie kamieniami, osadzono w areszcie śledczym Guca i zwolniono 25 czerwca:
W ciągu dwóch pierwszych tygodni przesłuchiwano mnie osiem razy. „Dlaczego brałeś udział w demonstracji? Jakie masz poglądy? Czym zajmuje się twoja rodzina?" (...) Ciągle bili mnie przy tym w brzuch. Pewnej nocy kazano mi stać na dworze i nie pozwolono zmrużyć oka. Było bardzo zimno. Śledczy mówił, że Tybet nigdy nie będzie niepodległy, i pytał, co chcieliśmy osiągnąć demonstracjami. Przesłuchiwali mnie również Tybetańczycy. (...) W celi było zawsze dwóch albo trzech policjantów. Z początku śledczy ciągle się zmieniali, później zawsze przychodził ten sam. Często zadawali identyczne pytania, np. „Ile rzuciłeś kamieni?". Potem wypytali o ludzi. To było bardzo trudne. Wiem, ile wycierpiałem. I nie chciałbym, żeby ktoś kiedyś tak przeze mnie cierpiał. Gdybym kogoś wskazał, jak mógłbym później spojrzeć w oczy jemu albo jego krewnym? Prawdziwe bicie zaczynało się, gdy nie chciałeś podawać nazwisk. A potem znów pytali: „Kto był przywódcą? Kto wzniecił rozruchy?".
Ogólnie rzecz biorąc, osoby świeckie budziły mniejszą podejrzliwość niż mnisi. Wszyscy osadzeni musieli uczestniczyć w wielkich wiecach, na których wykładano „prawdziwą historię" Tybetu. Między marcem a lipcem w Guca, gdzie przetrzymywano większość aresztowanych świeckich, przeprowadzono trzy takie wiece. Więźniom powtarzano, że zostaną potraktowani łagodnie, jeśli podadzą nazwiska i przyznają się do popełnionych przestępstw. Według uczestników polityczną myślą przewodnią była daremność buntów. „Zawsze zaczynali od opisu potęgi Chin i pytali, jak możemy sądzić, że zdołamy je obalić. W 1959 roku stłumiono powstanie, mimo że partyzanci byli dobrze uzbrojeni, dostawali pomoc zza granicy itd. Teraz, mówili, nie macie nic. Co możecie zdziałać?".
Wiece adresowano do osób o nieugruntowanych poglądach politycznych: Tybetańczyków, którzy, zdaniem władz, zostali podjudzeni do uczestnictwa w demonstracjach przez prowodyrów, lecz wciąż rokowali nadzieję na „skorygowanie sposobu myślenia". Oficerowie polityczni, odpowiedzialni za ich prowadzenie w więzieniach, starali się więc nie atakować bezpośrednio Dalajlamy, gdyż przyjmowali, że prości Tybetańczycy darzą go wielkim szacunkiem. „Mówili, że Dalajlama jest jak wierny pies. Oszukiwany i zwodzony przez cudzoziemców, daje się im prowadzić na smyczy. (...) Daliście się oszukać grupce złych cudzoziemców, która manipuluje wami wszystkimi. Nie pozwalajcie na to. Tybetu i Chin nic nie rozdzieli. Niepodległość Tybetu nigdy nie była i nigdy nie będzie możliwa".
Głównym celem przesłuchań było zidentyfikowanie przywódców i organizatorów demonstracji. Najbardziej obciążający dowód stanowiła spójność poglądów politycznych. Osoby, które udzielały głębokich i inteligentnych odpowiedzi na pytania dotyczące polityki, traciły szansę na zwolnienie. Osadzonych pytano często o sprawy, których mogli nie znać, na przykład, o pięciopunktowy Plan Pokojowy Dalajlamy. Śledczy badali w ten sposób ich polityczną świadomość lub intensywność kontaktów z Tybetańczykami w Indiach. Więźniów rutynowo wypytywano o krewnych i wizyty za granicą. Mniszka, oskarżona o zorganizowanie małej demonstracji w kwietniu 1988 roku, opisuje, w jaki sposób badano źródła jej poglądów na temat niepodległości Tybetu:
Wprowadzono mnie do pokoju i śledczy zapytał, czy, po pierwsze, wiem, ile mniszek z mojego klasztoru jest w więzieniu, po drugie, co myślałam, kiedy je aresztowano, i po trzecie, czy wiedziałam, że opuszczają świątynię, żeby wziąć udział w demonstracji. Powiedziałam, że nie miałam o tym pojęcia. On twierdził, że nie tylko zdawałam sobie z tego sprawę, ale i sama wszystko zorganizowałam. Ponieważ uparcie powtarzał, że to ja stałam za demonstracją, nie miałam wyboru i musiałam się przyznać do zorganizowania manifestacji. Wtedy chciał wiedzieć, jaki był mój cel. Powiedziałam: „Żeby Tybet był wolny". Zapytał, czy w wolnym Tybecie dostałabym coś do jedzenia. Odparłam, że nie walczymy o wolny Tybet, żeby mieć co jeść, lecz z tych samych powodów, co wy, gdy domagacie się od świata swoich praw i walczycie o nie. My też chcemy praw, które się nam należą. Poza tym pragniemy, by pewnego dnia wszyscy Tybetańczycy mogli zobaczyć Dalajlamę w wolnym Tybecie. (...)
Spytał, czy byłam w zeszłym roku w Indiach na inicjacji Kalaczakry. Odrzekłam, że nie wiedziałam, jak się tam dostać. Na to on, czy po tej inicjacji pojawił się w naszym klasztorze jakiś mnich. Powiedział, że ktoś musiał nas podjudzić, i chciał wiedzieć kto. Odparłam, że nikt nas nie podburzał i że wszystko, co uczyniłyśmy, zrobiłyśmy same. (...) Ciągle pytał, czy na pewno nikt nas nie podburzał. Powtarzałam, że działałyśmy z własnej inicjatywy i, co więcej, nie potrzebowałyśmy żadnych zachęt. (...)
„To znaczy, że popierasz Kuszo Julu?", zapytał. Przytaknęłam. „Wszyscy ludzie w tym więzieniu popierają Kuszo Julu?" „Tak, wszyscy". Zapytał, czy wiem, jakie zbrodnie popełnił Kuszo Julu, a ja odparłam: „Nasze zbrodnie są takie same - walczymy o wolny Tybet. Żadnych innych nie znam". (...) Oficer powiedział, że nie ma szans na wolny Tybet, niezależnie od tego, jak długo będziemy o niego walczyć. Zaczął mówić o historii, a ja milczałam, bo nic o tym nie wiem. W końcu spytał, czy cieszyłabym się, gdyby Tybet był wolny, a ja odpowiedziałam: „Tak. Kiedy Tybet będzie wolny, zapanuje szczęście". (...) Gdy powiedział, że obecna polityka chińskiego rządu jest dobra, zapytałam: „To dlaczego mamy tylu żebraków na Barkhorze?". Odparł, że nie ma w tym nic złego, bo za dawnych rządów było ich znacznie więcej. Powiedziałam, że nie mówimy o starym rządzie, tylko o obecnym. On na to, że powinnam wiedzieć, iż w Indiach jest znacznie więcej nędzarzy. Powiedziałam mu, że nie mam o tym pojęcia, bo nigdy tam nie byłam. Dodałam, że skoro sam zaczął mówić o obecnym rządzie, musiałam powiedzieć, co myślę. Wtedy uznał, że na dziś wystarczy, i kazał mi wszystko przemyśleć. Miałam na to trzy dni.
Śledczy musiał uznać, że to nie ona zorganizowała demonstrację. Zwolniono ją w lipcu wraz z większością mniszek z jej klasztoru. Mniszki traktowano w więzieniu z wyjątkową brutalnością, one jednak nie dały się złamać. Nie potrafiono wydobyć z nich ważnych informacji ani przyznania się do winy. Nie mogły podać żadnych nazwisk, gdyż działały z własnej inicjatywy i wszystkie zostały aresztowane. Nie próbowały ukrywać swego poparcia dla niepodległości Tybetu, nie miały się więc do czego przyznawać.
Jesienią 1988 roku większość Tybetańczyków aresztowanych po demonstracjach 5 marca była już na wolności. Za kratami pozostały osoby uznane za przywódców i organizatorów - wśród nich czternastu mnichów Gandenu, którzy wywołali te protesty, oraz czternastu mnichów i mniszek z innych lhaskich klasztorów. Kilkoro z nich aresztowano już wcześniej za udział w innych demonstracjach. Niektórzy zabierali głos na wiecach, wykazując się głęboką znajomością historii Tybetu, co wskazywało, że czytali zakazaną literaturę. Innych oskarżono o pisanie plakatów czy ulotek; przy części znaleziono kompromitujące dokumenty i listy. Kilku starszych mnichów, którzy nawoływali do bojkotowania Monlamu w 1988 roku, obarczono odpowiedzialnością za działania podlegających im nowicjuszy. W więzieniu pozostało również około siedemdziesięciu pięciu świeckich obojga płci. I tu przyczyną nie musiał być udział w demonstracjach, lecz wystąpienia na wiecach, zeznania, rozlepianie plakatów lub posiadanie zakazanych publikacji.
Tybetańczycy nadal planowali demonstracje, a na ulicach Lhasy wciąż pojawiały się plakaty niepodległościowe. Wiece polityczne okazały się jednak skutecznym narzędziem - coraz więcej osób otwarcie wypowiadało się przeciwko Chińczykom. Podczas zebrań komitetów dzielnicowych zapowiadano wyraźnie, że Tybetańczycy „zostaną zastrzeleni na ulicach", jeżeli dojdzie do kolejnych demonstracji. O tym, że groźby te nie są gołosłowne, miały przekonać mieszkańców Lhasy wzmocnione patrole wojskowe, pojawiające się w mieście, ilekroć władze spodziewały się nowych wystąpień. Zespoły robocze wróciły do świątyń we wrześniu 1988 roku, by zapobiec protestom. Przy okazji ogłoszono, że wielu mnichów - przede wszystkim ci, którzy brali udział w demonstracjach i zostali aresztowani - będzie relegowanych z klasztorów. Duchowni uznali to za okazję do zamanifestowania swego sprzeciwu. We wrześniu 1988 roku zwołano w Gandenie wiec, poświęcony wydaleniom i warunkom pozostania w świątyni, w którym brali udział mnisi zwolnieni właśnie z więzienia. Oto jak relacjonuje go jeden z uczestników:
Mieliśmy przedstawić i omówić nasze problemy. Nikt się nie odezwał. Wtedy zaczęli zadawać nam pytania, jednemu po drugim. Tego dnia mówiło trzech młodych. Powiedzieli, że partia komunistyczna wydaliła ich z klasztoru i że będą musieli odejść. Poprosili, żeby wyrzucić ich już dziś. Nie mieliśmy wątpliwości, że nic się nie da zrobić, skoro wszystkim rządzi partia. Wtedy oskarżono ich o niewłaściwą reakcję. [Chińczycy] pytali: „Dlaczego mówicie o odejściu? Macie dwie drogi. Jeżeli jest się patriotą [rgyal gces] i kocha religię [chos gces], można pozostać w klasztorze. Jeśli jednak odrzuca się [te wartości], wtedy trzeba odejść". Ponieważ mnisi powiedzieli, że odchodzą, oskarżono ich o brak patriotyzmu.
Drugiego dnia młodzi mnisi upierali się, żeby decyzja zapadła jeszcze tego wieczora. Mówili, że od jutra chcą już studiować. Kiedy ustalono, że trzeba będzie wyciągnąć ostateczne wnioski, zaczęła się burzliwa dyskusja. Chińczycy zagrozili przełożeniem zebrania na następny dzień, jeśli będziemy wdawać się w szczegóły. A trudno było tego uniknąć, ponieważ nikt nie był neutralny. Gdybyśmy mieli mediatora, każdy - to znaczy i my, i Chińczycy - mógłby spokojnie przedstawić swoje stanowisko. A tak wszystko sprowadzało się do tego, że zadawali nam pytania i zaraz sami udzielali na nie odpowiedzi. Po prostu robili, co chcieli, i na tym się skończyło.
Mnisi próbowali zamienić zebranie w debatę z urzędnikami, podobną do religijnych dysput, jakich uczą się w klasztorze i prowadzą codziennie na dziedzińcu. Logiczna argumentacja jest jednym z głównych przedmiotów studiów monastycznych. Sposób myślenia młodych o niepodległości Tybetu ukształtowała właśnie taka analiza wniosków opartych o istniejące przesłanki. Funkcjonariusze wysłanych do klasztorów zespołów roboczych nie byli najwyraźniej przygotowani do dyskusji tego rodzaju. Mnich z Gandenu opowiada, co stało się następnego dnia:
Rano powiedzieli nam od razu, że poprzedniego wieczoru zachowywaliśmy się niegodnie i że jesteśmy przeżarci reakcjonizmem do szpiku kości. Mówili: „Wczoraj domagaliście się, żeby zebranie zakończyło się podjęciem decyzji. Chcecie znowu trafić do więzienia? Jeśli tak, możemy wam to ułatwić. Jeżeli lubicie pić wodę tej ziemi, musicie przestrzegać prawa". Najwięcej mówił przewodniczący podkomisji [las-don tshogs-chung]. Młodzi mnisi nie odzywali się już więcej. Powiedziałem wtedy: „Nie tak powinno się do nas mówić. Jesteście kadrami [las byed-pa], a my zwykłymi ludźmi. Jeśli chodzi o mnie, dopiero co zostałem zwolniony z więzienia. Ogólnie rzecz biorąc, nie byłem tam szczęśliwy, ale i nie miałem wielu zmartwień. Wystarczyło myśleć o sobie. Teraz, tutaj, ciągle toczą się jakieś rozmowy z Chińczykami o tym, czy o tamtym. Zwolniliście człowieka z więzienia, ale czuję się tak, jakbym znów do niego trafił. Nie prosiłem o zwolnienie, i jeśli to wam nie odpowiada, zamknijcie mnie znowu". Zostałem oskarżony o niewłaściwą postawę. Powiedziałem: „Po co zadajecie pytania, skoro nie słuchacie odpowiedzi?" Ciągle kazali nam mówić, a potem co chwila przerywali.
Zebrania polityczne nie dość, że nie przekonywały o słuszności chińskich argumentów, to wzbudzały opór Tybetańczyków i uczyły ich solidarności. Kadry uznawały poszczególne osoby za podżegaczy i wydawały nakazy aresztowania, przy następnej okazji zawsze jednak znalazł się ktoś, kto zastąpił uwięzionych „prowodyrów". Wiece, mimo panującej na nich atmosfery strachu, dały Tybetańczykom sposobność do publicznego formułowania pretensji oraz stawiania czoła Chińczykom, nawet jeśli na ich oczach aresztowano i karano nowych „bohaterów".
Najlepiej chyba ilustrują to zamieszki w małej wiosce, spowodowane pojawieniem się ośmioosobowej grupy roboczej z lokalnego sztabu w Czuszurze, w klasztorze Rato, położonym o 30 km na południowy zachód od Lhasy. Podczas wiecu, który zwołano 29 września 1988 roku, wstał jeden z mnichów, Cering Dhondup, i zaczął spierać się z funkcjonariuszem wygłaszającym wykład o „zombie" (ro-langs) feudalizmu: „Nie mam nic do powiedzenia na temat feudalizmu. Tybet był niepodległy przez tysiące lat. Teraz rządzą nim chińscy imperialiści". W tej samej chwili na równe nogi zerwało się pięćdziesięciu mnichów, skandując hasła niepodległościowe.
Ceringa Dhondupa aresztowano tej samej nocy. 4 października zwołano wiec, podczas którego ogłoszono, że zostanie przewieziony na proces. Gdy go wyprowadzano, mnisi zaczęli ciskać kamieniami w członków grupy roboczej i policjantów. W nocy do duchownych przyłączyli się chłopi z pobliskiej wioski, atakując policję i obrzucając kamieniami samochody. (Większość nowicjuszy w Rato pochodzi z okolicznych osad.) Chińczycy odjechali, ale 6 października klasztor i wioskę otoczył dwustuosobowy oddział Ludowej Policji Zbrojnej z Lhasy. Znowu doszło do zamieszek, które stłumiono, używając gazów łzawiących i strzelając w powietrze. Wiele osób pobito, aresztowano czterech kolejnych mnichów.
Być może za znaczący uznać należy fakt, że do starć doszło na klasztornym dziedzińcu - tam, gdzie mnisi ćwiczą się w debatowaniu. Chińczycy postawili nogę na tybetańskiej ziemi, zarezerwowanej dla sporów i dyskusji. Wiece polityczne kojarzyły się duchownym z tradycyjnymi debatami, choć brak swobodnej, uczciwej wymiany zdań sprawiał, że uznali je za głupie i absurdalne:
Kłopoty zaczęły się na dziedzińcu naszego klasztoru, bo postanowiliśmy nie słuchać tego, co mówią Chińczycy. Powiedzieli, że nie zachowujemy się jak mnisi, więc nimi nie jesteśmy. Zapytaliśmy, dlaczego doszli do takich wniosków. To było tej samej nocy, kiedy wstał Cering Dhondup i spytał, czy chcą nam coś jeszcze powiedzieć. Odparli, że jeśli mamy o sobie tak dobre mniemanie, to powinniśmy iść krzyczeć w Lhasie. Wtedy właśnie Cering Dhondup, który nie mógł już znieść tego chińskiego gadania, zaczął mówić o niepodległości.
Z punktu widzenia mnichów, argumenty Chińczyków pozbawione były nawet ideologii. Funkcjonariusze napawali się władzą i wyłącznie prowokowali:
Co mówili podczas wiecu? Powiedzieli, że Tybet nie ma armii i że jesteśmy bezradni jak dzieci. Tybetański rząd miał kiedyś wszędzie wojskowe koszary, ale oni, Chińczycy, zniszczyli je w ciągu trzech miesięcy, a my nie mogliśmy nic na to poradzić. Są teraz tak potężni, że nawet gdyby dali każdemu mnichowi strzelbę i karabin maszynowy, i tak nic byśmy nie zdziałali. (...) Mówili: „Tybet nie jest niepodległym krajem. Nie chwycicie nieba palcami i nie włożycie go sobie do ust". Pytali, czy wydaje się nam, że campa i ziarno spadną z nieba, jeśli zdobędziemy niepodległość. „Myślicie, że niepodległość ułatwi wam życie i nie będziecie musieli ciężko pracować? Nic z tego: jest wam teraz znacznie lepsze niż kiedyś. Wtedy wszyscy byliście niewolnikami albo poddanymi i nie mieliście co jeść w tym wolnym kraju. Nie może być sytuacji lepszej niż ta, którą macie obecnie". http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=244
ręceprecz odtybetu
_________________ "Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"
'A w kominie szurum burum, a na polu wiatr do wtóru, a na chmurze bal do rana, a pogoda rozśpiewana.Zielono mi i spokojnie, zielono mi.' bo w życiu ważne jest poczucie koloru
Każdy fragment mandali ma symboliczne znaczenie.
W jej centrum znajduje się kwiat lotosu (1). Jego kolorowe płatki odpowiadają barwom głównych kierunków świata. Kolor niebieski - to kolor wschodu i właśnie od tej strony powinno się oglądać mandalę. W centrum lotosu i na jego płatkach widnieją symbole głównych bóstw mandali (mogą to być również "sylaby nasienne" - "inicjały" owych bóstw). Wokół lotosu rozciąga się wewnętrzny dziedziniec pałacu Awalokiteśwary (2), zamknięty pięciokolorową ścianą pałacu (3). Otacza ją czerwona weranda (4) i ceglana balustrada (5). ręceprecz odtybetu
Następny krąg - to girlandy i wieńce zdobiące dach (6); dalej widzimy podtrzymującą strop belkę (7). Dach pałacu ozdabiają chorągwie zwycięstwa i wazy pełne skarbów (8).ręceprecz odtybetu
Do wnętrza pałacu wiedzie brama, przy której czuwa strażnik (9). W głębi widać jej wnętrze, zwane "mrokiem" (10), sklepione przejście nazywane "grzbietem słonia" (11) i wieńczący je Łuk Zwycięstwa (12). Ośmioszprychowe Koło Dharmy podtrzymywane przez dwie antylopy (13) symbolizuje pierwsze nauki, jakich udzielił Budda. Pałac wznosi się na czterokolorowej podwójnej wadżrze (14). ręceprecz odtybetu
Dziedziniec pałacu (15) otacza pierścień liści lotosu (16), unoszących się na powierzchni oceanu, w którego centrum, na górze, znajduje się pałac. Lotos, doskonale czysty choć wyrasta z bagna, symbolizuje duchowy rozwój, możliwość osiągnięcia oświecenia. Otacza go obręcz ośmiu wielkich cmentarzysk, symbolizujących osiem rodzajów świadomości, które naleźy przekroczyć, by osiągnąć wyzwolenie (17). Kolejny pierścień to ściana wadżr otaczających świat (18).'Wadżra, po tybetańsku dordże, symbolizuje m.in. pracę na rzecz wszystkich istot. Ściana ta jest "barierą ochronną", przez którą nie mogą przeniknąć żadne negatywne siły. Ostatnia obręcz to góra ognia, w którym spalają się nieświadomość i niewiedza - symbol transcendentnej mądrości (19). źródło: tybet.pl
_________________ Dum spiro, spero.
"Women are meant to be loved, not to be understood."
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum