• Szukaj • Użytkownicy • Grupy • Czat • Katalog Firm • Przyjaciele
• Rejestracja • Zaloguj • Album


Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Ptaq
2008-09-02, 01:15
Autor Wiadomość

     Colorblind  



Tytuł: zielona maupa
Dołączyła: 20 Cze 2007
Posty: 7732
Skąd: Bimini iiii Finimini

Wysłany: 2008-08-17, 03:08   

Symbolika sprzeciwu



Edukacja polityczna w klasztorach, grupy robocze i komitety dzielnicowe - wszystko to zdało się na nic, jeśli idzie o zmianę postaw Tybetańczyków wobec chińskich rządów7. Kampania, przekształcając się w pasmo gróźb i terroru, nie zdławiła też niepodległościowych protestów ani nie zapobiegła kolejnym demonstracjom. Najlepiej świadczy o tym rosnąca rola aparatu bezpieczeństwa i, w końcu, wojska. W gruncie rzeczy kampania ukształtowała świadomość polityczną Tybetańczyków i podsyciła ich opór. Jeśli przyjmiemy, że celem edukacji politycznej w Chinach jest zmiana sposobu myślenia przy pomocy grupowej presji, to kampania antyseparatystyczna spełzła na niczym, organizując „edukowanych" przeciwko chińskim rządom i ucząc ich solidarności. Choć wśród funkcjonariuszy było wielu Tybetańczyków, rola, jaką odgrywali podczas wieców politycznych, uwypuklała jedynie ów podział. Kiedy grupy robocze zaczęły stanowić stały element życia klasztorów, komitetów dzielnicowych oraz jednostek produkcyjnych, ich funkcjonariusze byli coraz skuteczniej izolowani jako kolaboranci i oportuniści. Kadry musiały coraz dotkliwiej odczuwać tę infamię, gdy zaczęto identyfikować je z aparatem biurokratycznym, którego zadanie polegało na wskazywaniu osób, idących do więzień i na tortury. Praca tego typu mogła być obowiązkiem i stanowić odskocznię dla dalszej kariery, niemniej popieranie jej z pewnością nie leżało w interesie „zwykłych" Tybetańczyków.

Sytuacja ta była prostą konsekwencją strukturalnych zmian w społeczeństwie tybetańskim, jakie przyniosła dekolektywizacja i reformy z lat osiemdziesiątych. Bez totalitarnego aparatu komun wiece polityczne i kampanie reedukacyjne nie mogły być skutecznym środkiem narzucania poglądów politycznych ani kontroli społecznej. Życie Tybetańczyków zaczęło toczyć się wokół relacji pozostających poza nadzorem państwa, a często mu przeciwnych. Widać to szczególnie wyraźnie w klasztorach, które stały się naturalnym ośrodkiem współpracy dla pokolenia Tybetańczyków wychowanych już pod chińskimi rządami. Ogólnie rzecz biorąc, religia stanowi naturalną oś świadomości narodowej i oporu przeciwko Chińczykom. Wobec braku wszechpotężnej i wszechobecnej organizacji, wiece polityczne przypomniały o innych formach solidarności. Niezależnie od tego, czy urzędnicy występowali na nich w roli dobroczyńców czy prześladowców, zawsze byli po drugiej stronie coraz głębszej przepaści. Ludzi można było nadal kupować lub zastraszać, niemniej system nie dawał już podstaw organizacyjnych, pozwalających na niszczenie i atakowanie „wrogów" w stylu rewolucji kulturalnej.

Na falę demonstracji z 1988 i 1989 roku należy patrzeć przez pryzmat ciągłej kampanii politycznej. W oczach Tybetańczyków były one ze sobą ściśle powiązane, potwierdzając oraz uwydatniając społeczne i symboliczne podziały między nimi a Chińczykami. Protesty stały się praktycznym ćwiczeniem w budowaniu narodu. Nowa reakcja na nową sytuację w kraju podkreślała odrębność świata Chińczyków i Tybetańczyków, wyznaczała tybetańskie terytorium, broniąc go przed sinizacją i inkorporacją. Widać to w formie, jaką przybrały manifestacje; podczas niemal wszystkich z ponad dwudziestu zorganizowanych w tym czasie, małe grupy mnichów i mniszek zbierały się na Barkhorze w starej, tybetańskiej części Lhasy, a następnie zaczynały okrążać świątynię Dżokhang, skandując „Tybet jest niepodległy", „Niech żyje Dalajlama" (dosłownie: „Oby Dalajlama żył tysiąc lat") i powiewając zakazanymi flagami Tybetu. Do demonstrujących dołączali przechodnie. Potem manifestację rozbijały siły bezpieczeństwa, bijąc, aresztując, i czasem strzelając do uczestników.

Okrążanie, korła (skor-ba) świątyń i innych świętych miejsc jest jedną z najpowszechniejszych praktyk buddyzmu tybetańskiego, bardzo popularną wśród ludzi świeckich. Korła wokół Dżokhangu, najbardziej czczonego miejsca w Tybecie, ma znaczenie szczególne. Otaczający Dżokhang Barkhor stanowi przy tym centrum tybetańskiej Lhasy i jest jej największym targowiskiem. Na miejsce protestu jako pierwsi wybrali go mnisi z Drepungu, którzy zorganizowali tu demonstrację 27 września 1987 roku. Sprowokował ją atak chińskich mediów na Dalajlamę, związany z jego wizytą w Stanach Zjednoczonych. Gdy mnisi zebrali się o świcie w herbaciarni, nie mieli pojęcia, co z sobą począć. Możliwości było wiele: mogli na przykład pomaszerować główną ulicą albo stanąć naprzeciw budynków rządowych, wybrali jednak Barkhor.

(Trzecia demonstracja mnichów Drepungu, którzy 6 października domagali się zwolnienia osób aresztowanych 27 września, odbyła się przed siedzibą rządu. 30 grudnia 1988 roku studenci i wykładowcy zorganizowali protest przeciwko strzelaninie 10 grudnia, w Dniu Praw Człowieka. Manifestanci szli główną ulicą, nie mieli jednak tybetańskich flag - domagali się rozbrojenia policji, większej wolności kulturowej i religijnej, zwiększenia roli języka tybetańskiego w oświacie oraz administracji. Tej manifestacji policja nie rozbiła.)

Demonstrując wokół Barkhoru, Tybetańczycy symbolicznie wyznaczali swoje terytorium. Położone w nowej części miasta rządowe biura są obszarem chińskim - manifestowanie przed nimi byłoby uznaniem obcej władzy. Chińczycy mogliby się spodziewać takich wystąpień i rozumieć je, oznaczałoby to jednak zaakceptowanie ich podejścia do problemu: na przykład, jakie swobody religijne tolerować i w jakim zakresie, jakie prawa powinny przysługiwać mniejszościom, itd. Korła natomiast to sprawa czysto tybetańska - i ją, i znaczenie Dżokhangu rozumie każdy Tybetańczyk. Chińczycy czują się źle w tym kwartale Lhasy. Po pierwszych demonstracjach Barkhor zaczęły patrolować uzbrojone patrole; wojsko maszerowało w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Dla Tybetańczyków - w sposób antyreligijny. Niezależnie od tego, czy zdawali sobie z tego sprawę sami funkcjonariusze, widział to i rozumiał każdy Tybetańczyk. Chińczycy wpisali się więc w symbolikę tybetańską, zajmując - również graficznie - miejsce po drugiej stronie przepaści.

1 października, podczas drugiej demonstracji, tłum niósł na ramionach po Barkhorze sędziwego mnicha, który wbiegł do płonącego komisariatu, żeby uwolnić aresztowanych. Jego czyn natychmiast wpisano w symbolikę korła jako protestu: odwagi, współczucia i buntu jednocześnie. W trakcie tej i następnych demonstracji ludzie nieśli wokół Dżokhangu ciała zabitych. Religijne znaczenie tej ceremonii musiało być jasne dla każdego Tybetańczyka.

http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=244

ręceprecz odtybetu
_________________
"Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"

"Doskonale. Wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Jestem bezwzględnie inteligentny."

bo w życiu ważne jest poczucie koloru
 
 

     Sol  



Zaproszone osoby: 1
Tytuł: Smarkula
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 5010

Wysłany: 2008-08-17, 03:08   

Kultura Tybetu - schemat mandali

Awalokiteśwara (sans.), Czenrezig (tyb.) jest Bodhisattwą, uosabiającym oświecone współczucie. W ikonografii buddyjskiej przedstawia się go w wielu różnych postaciach - w Tybecie najpopularniejsze były dwie formy: białe, z czterema lub tysiącem ramion. (Każdy element postaci bóstwa ma symboliczne znaczenie; i tak, na przykład, tysiąc ramion Czenreziga, z okiem na każdej dłoni, symbolizuje zdolność do widzenia wszelkich cierpień w całym wszechświecie i niesienia pomocy wszystkim potrzebującym.) ręceprecz odtybetu

Wszystkie nauki buddyjskie pochodzą od historycznego Buddy, Siddharthy Gautamy, który żył w Indiach dwa i pół tysiąca lat temu. ręceprecz odtybetu

Wśród nauk tantrycznych są metody, pozwalające adeptowi oczyścić umysł i ciało, przeobrażając je w czystą istotę, bóstwo, przebywające w czystym otoczeniu - mandali. Bóstwa mandali nie są więc czymś zewnętrznym: symbolizują oświecony stan, którego potencjał, naturę buddy, posiada każda istota. ręceprecz odtybetu

Zbudowana z kolorowych ziarenek piasku mandala przedstawia siedzibę, pałac Awalokiteśwary. Jest dwuwymiarowym wyobrażeniem trójwymiarowego "boskiego pałacu", w którego centnun znajduje się Bodhisattwa Wiellciego Współczucia, otoczony bóstwami swego orszaku. ręceprecz odtybetu

Każdy element mandali ma symboliczne znaczenie; nic w niej nie jest przypadkowe. Cztery zewnętrzne ściany pałacu - zbudowane z warstw: białej, żółtej, czerwonej, zielonej i niebieskiej - symbolizują wiarę, dyscyplinę, pamięć, medytację i mądrość. Cztery bramy owych ścian - cztery Niezmierzoności: niezmierzonąmiłość (pragnienie, by wszystkie istoty osiągnęły szczęście i jego przyczyny), niezmierzone współczucie (by były wolne od cierpienia i jego przyczyn), niezmierzoną radość (by nigdy nie były oddzielone od wislkiego szczęścia, w którym nie ma cierpienia) i niezmierzoną bezstronność (by mogły żyć bez przywiązania i niechęci). Kwiat lotosu w centrum mandali symbolizuje tzw. Rodzinę Lotosu, jedną z pięciu Rodzin Buddy, symbolizujących przeobrażenie nieczystych, negatywnych aspektów w ich czyste odpowiedniki (w przypadku Rodziny Lotosu: pożądania - dominującego w sferze, czy też świecie ludzi - w "mądrość rozróżniającą"). Wschodnia, niebieska część mandali symbolizuje Rodzinę Wadżry, przekształcenie agresji i nienawiści w "mądrość podobną zwierciadłu"; południowa, żółta - Rodzinę Klejnotu i przeobrażenie dumy w "mądrość zrównującą"; zachodnia, biała - Rodzinę Koła i oczyszczenie głupoty w "mądrość podobną przestrzeni"; północna, zielona - Rodzinę Miecza i przekształcenie zawiści w "mądrość wszechspełniającą". ręceprecz odtybetu

Praktykujący Tantrę Awalokiteśwary utożsamia się z bóstwem, wizualizując wszystkie elementy mandali, czystych istot i czystego otoczenia, symbolizujących czysty, najgłębszy aspekt jego samego i otaczającego świata. Według buddystów takie ćwiczenia medytacyjne, oparte na fundamencie rozwijania mądrości i współczucia, mogą przynieść prawdziwe, głębokie duchowe przeobrażenie. Wierzą oni również, że nawet jedno spojrzenie na taką mandalę tworzy pozytywne wrażenie w umyśle i więź z bezczasowym ideałem wszechobejmującego współczucia. ręceprecz odtybetu

Niszczenie mandal czy figur ofiarnych niemal natychmiast po ich stworzeniu ma nam pomóc w zrozumieniu prawdy o nietrwałości, przemijaniu wszystkich rzeczy i zjawisk.

Przeszłość jest przeszłością, przyszłość może nigdy nie nadejść. Tylko uświadomiwszy sobie nieuchronność własnej śmierci i przemijalność otaczającego nas świata będziemy w stanie w pełni wykorzystać czas, jaki jest nam dany - ten właśnie moment, tę chwilę - dla pożytku i dobra nas samych i wszystkich istot. źródło: tybet.pl
_________________
Dum spiro, spero.

"It seems that once you get laid, your life basically turns to shit."
Ostatnio zmieniony przez Sol 2008-08-17, 03:10, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 

     Colorblind  



Tytuł: zielona maupa
Dołączyła: 20 Cze 2007
Posty: 7732
Skąd: Bimini iiii Finimini

Wysłany: 2008-08-17, 03:10   

Wolność religii



Zaadoptowanie korła do protestów każe zwrócić baczniejszą uwagę na inny aspekt tybetańskiej reakcji na kampanię antyseparatystyczną: odmienne rozumienie religii i wolności religijnej przez obie strony konfliktu. Dla prostych Tybetańczyków korła jest najpowszechniejszą i najbardziej widoczną formą praktyki duchowej. Jednocześnie - obok składania pokłonów, obracania młynków modlitewnych i palenia kadzidła - zgadza się z definicją wpisaną w politykę partii, która zezwala na „dobrowolne wyrażanie wiary religijnej" (chos-dad rang-mos kyi srid-jus). Religię rozumie się tu jako nieszkodliwy przesąd, a w najlepszym razie - dodatek do etnicznego kolorytu. Odgórne wpisanie wiary w ten szablon odbiera jej wybuchowy potencjał jednoczenia Tybetańczyków w naród. Na dłuższą metę, modernizacja i rozwój gospodarczy mają ją zupełnie unieszkodliwić i zepchnąć na margines. Religię toleruje się właśnie w oparciu o to założenie. Mnisi, wykorzystując korła jako środek protestu politycznego, dokładnie ukazali granice chińskiej wizji wolności, zmuszając władze do zaatakowania religii w trakcie szarży na „nacjonalizm". Jednocześnie pokazali prostym Tybetańczykom, jak - odnajdując w niej symbole narodowe - przeobrazić własną praktykę duchową, na którą zezwalają władze chińskie, w akt buntu.

Tybetańczycy wypracowali wiele form protestów niepodległościowych w postaci praktyk religijnych. Po 27 września 1988, kiedy obecność niezliczonych patroli uniemożliwiała zorganizowanie tam jakiejkolwiek demonstracji upamiętniającej protesty z poprzedniego roku, setki Tybetańczyków zasiadły na placu obok Dżokhangu (tradycyjnym miejscu wykładów religijnych), by przez kilka godzin modlić się za pomordowanych. Policja nie interweniowała. Wieczorem 3 grudnia 1988 roku, podczas święta maślanych lampek, tysiąc osób wspólnie recytowało przed Dżokhangiem „Słowa Prawdy" (bden-tshig smon-lam), napisaną przez Dalajlamę modlitwę, w której wzywa się bóstwa opiekuńcze Tybetu do „przegnania barbarzyńców z Krainy Śniegu". Po 5 października 1989 roku Tybetańczycy zaczęli świętować Pokojową Nagrodę Nobla, paląc kadzidła i obrzucając siebie nawzajem - oraz chińskich żołnierzy - garściami campy. Kiedy władze zorientowały się w tym, zaczęto zwoływać wiece potępienia Dalajlamy, a 13 października wydano rozkaz aresztowania oraz strzelania do Tybetańczyków, którzy rzucają mąkę i palą kadzidło. Poszukiwano organizatorów uroczystości, które formalnie uznano za działanie separatystyczne. Źródła tybetańskie twierdzą, że aresztowano i przesłuchano ponad dwieście osób.

Najważniejszym symbolem religijnym jest oczywiście Dalajlama. Jego podwójna rola - przywódcy politycznego i duchowego - pomagała, jak pamiętamy, Tybetańczykom w odpieraniu ataków na wiecach. Dalajlama uosabia fundamentalne założenie tradycyjnego systemu politycznego Tybetu: „połączenie religii i polityki" (chos-srid zung-'brel)8. W oczach Tybetańczyków idea ta nabrała zupełnie nowego znaczenia, które wręcz kłóci się z tradycją - teraz aspekt doczesny utożsamiany jest z demokracją. Dla młodych ludzi Dalajlama, jako jeden ze światowych przywódców, symbolizuje dziś demokrację i prawa człowieka.

Chińczycy zmuszeni są z kolei do atakowania obu tych aspektów. Skoro wiara religijna musi podporządkować się „patriotyzmowi" - miłości „macierzy" - warunkiem tolerancji religijnej jest zaakceptowanie chińskich rządów. Tybetańskie wołanie o demokrację i prawa człowieka odrzuca się jako próbę przywrócenia „starego społeczeństwa" (spyi-tshogs rnying-pa). Tybetańczycy uważają jednak, że to system chiński nie dorasta do światowych norm, ponieważ nie zapewnia demokracji i praw człowieka. Tak opisuje to jeden z mnichów Gandenu, który brał udział w wiecach politycznych w klasztorze:

Chińczycy mówią, że nasz stary rząd, który zajmował się polityką i religią, zupełnie nie przystaje do współczesności. (...) Twierdzą, że rząd chiński jest znacznie bardziej postępowy. Mają niezwykle wysokie mniemanie o swoim socjalizmie i komunizmie. Mówią, że ich rząd odpowiada realiom współczesnego świata. Nasz był przestarzały, bo polityka i religia nie idą ze sobą w parze.

Żądamy, żeby Chińczycy opuścili Tybet. Dla nas jest to absolutnie niezbędne. Potrzebujemy wolności i niepodległości. Chińczycy nie mają pojęcia, jak cierpimy pod ich rządami. Oskarżają nas o chęć przywrócenia starego porządku. Mówią, iż śni się nam, że sami zostaniemy przywódcami. A prawda jest taka, że nigdy nie domagaliśmy się władzy, ale szczęścia większości Tybetańczyków. O to apelujemy do organizacji zajmujących się prawami człowieka i do wszystkich, którzy odczuwają sympatię dla Tybetu. I dlatego bierzemy udział w pokojowych demonstracjach.

Tybetańczycy wymieniają długą listę restrykcji wobec religii, dotyczących odbudowy świątyń, wyświęcania nowych mnichów i mniszek, przyjmowania datków od osób prywatnych, odprawiania rytuałów itd. Sprawami religijnymi zarządza sieć organizacji, odpowiedzialnych za realizowanie wytycznych partii. Dla Chińczyków przepisy te są w pełni uzasadnione, gdyż w ten czy inny sposób ograniczają autonomię instytucji religijnych oraz krzewienie się praktyk indywidualnych, które są ściśle związane ze świadomością narodową Tybetańczyków. Ci zaś próbują przepisy ignorować lub obchodzić. Czasami im się udaje, zawsze jednak mają świadomość, że władze w każdej chwili mogą zmienić politykę i strategię. Mnich z Gandenu dodaje:

Pod rządami Chińczyków nigdy nie będzie wolności. Kiedy Tybet odzyska niepodległość, powrócą też swobody religijne. Nie wcześniej. Do tego czasu będą one istnieć tylko na papierze, a nie w rzeczywistości. Mówią, że jest wolność religii. Mówią, że prowadzą politykę odprężenia (srid-jus gu-yangs). Przez chwilę nie narzucają żadnych ograniczeń. A potem, stopniowo, pojawiają się restrykcje. Nie ma więc żadnych szans na wolność religii.

http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=244
_________________
"Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"

"Doskonale. Wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Jestem bezwzględnie inteligentny."

bo w życiu ważne jest poczucie koloru
 
 

     Sol  



Zaproszone osoby: 1
Tytuł: Smarkula
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 5010

Wysłany: 2008-08-17, 03:10   

Komitety Tybetańskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych

Aby usprawnić i ułatwić prace Zgromadzenia, jego członkowie pracują głównie w ramach komitetów, gdzie w zależności od obszaru specjalizacji, zajmują się dogłębnie wydzielonym obszarem spraw. ręceprecz odtybetu Te komitety to:

* Stały Komitet (organ konstytucyjny)
* Komitet Doradztwa Gospodarczego
* Komitet ds. Edukacji
* Komitet ds. Opieki Zdrowotnej
* Komitet ds. Praw Człowieka i Ochrony Środowiska
* Komitet ds. Rachunków Publicznych
* Komitet ds. Religijnych i Kulturalnych
* Komitet ds. Opieki Socjalnej i Osiedli
* Specjalna Komisja Prawna

Stały Komitet

Komitet Stały Zgromadzenia jest organem konstytucyjnym, określonym w Artykule 42 Karty Tybetańczyków na Wychodźstwie. Działa, kiedy nie obraduje Zgromadzenie, w składzie: po 2 przedstawicieli z każdego regionu, po jednym z reprezentantów każdej tradycji religijnej i jeden spośród członków nominowanych przez Dalajlamę. ręceprecz odtybetu

Stały Komitet spełnia funkcje TZPL i posiada te same kompetencje za wyjątkiem stanowienia prawa i decydowania o finansach. ręceprecz odtybetu

źródło: sft.org.pl
_________________
Dum spiro, spero.

"It seems that once you get laid, your life basically turns to shit."
 
 
 

     Colorblind  



Tytuł: zielona maupa
Dołączyła: 20 Cze 2007
Posty: 7732
Skąd: Bimini iiii Finimini

Wysłany: 2008-08-17, 03:11   

Tybetańczycy sięgnęli praktycznie po wszystkie chińskie deklaracje polityczne, by jasno wyrazić swój sprzeciw. Napływające ze świata informacje na temat demokracji, praw człowieka i walki narodowowyzwoleńczej dały im przy tym alternatywne słownictwo - oraz znaczenia - wobec tych, którymi posługują się Chińczycy. Równie ważne były wysiłki, zmierzające do połączenia nowoczesnej terminologii politycznej z zaczerpniętą z buddyzmu wizją świata i miejsca, jakie zajmuje w nim człowiek. Młody mnich z Drepungu, który brał udział w pierwszych demonstracjach jesienią 1987 roku, tak opisuje pojęcia wolność i prawa człowieka:

Jeżeli odzyskamy niepodległość, zostaną spełnione wszystkie, wąsko pojęte, pragnienia Tybetańczyków. Z szerszego punktu widzenia, zwycięży wówczas i rozkwitnie Dharma Buddy. Jeśli będzie wystarczająco silna i dobra, może przynieść pokój oraz szczęście całemu światu, nie tylko Tybetańczykom. Żyjemy tu, we własnym kraju, ale nawet nasze ciała nie należą do nas. Chińczycy mówią, że dokonali w Tybecie wielkiego postępu, zadbali o biedne rodziny, dali im wszystko itd. Dla mnie nie ma w tym krzty prawdy. Każdy pragnie wolności. Bez niej ludzkie życie pozbawione jest sensu.

Chińczycy mówią nam: macie wszystkie swobody - wolność religii itd. Prawa człowieka obejmują wolność. My potrzebujemy wolności prawdziwej. Ona pozwala nam przygotować się odpowiednio nie tylko na to życie, ale i na żywoty następne. Komuniści w nie nie wierzą, trudno więc im to pojąć. Gdyby wolność sprowadzała się do jedzenia i picia, nie miałaby zbyt wielkiego znaczenia. Byłaby dobra dla psów i kotów, które nie mają innych zmartwień. Istoty ludzkie są inne. Człowieczeństwo ma znaczenie głębsze.

Ów mnich ma dwadzieścia lat. Zanim wstąpił do klasztoru, przez sześć lat uczęszczał do szkoły podstawowej. Nie mógł kontynuować edukacji, bo jego rodzina została zaliczona do „złej klasy" (gral-rim-pa) w czasach rewolucji kulturalnej. Przez cztery lata uczył się w klasztorze. Wszystkie polityczne terminy, którymi się posługuje, weszły do języka tybetańskiego w XX wieku. Konotacje niektórych - takich jak „demokracja" czy „imperializm" - wywodzą się niemal wyłącznie z przełożonych na tybetański chińskich materiałów propagandowych. Nie należy sądzić, że łączy ich znaczenie z pojęciami religijnymi tylko dlatego, że jest mnichem. Nadanie im znaczenia w kontekście władanego przez Chiny Tybetu wymaga odniesienia do buddyzmu, który uważa odrodzenie w ciele człowieka za niezwykle cenne, widzi potrzebę czynienia dobra w imię przyszłych żywotów i uznaje Dharmę za istotną dla świata.

Niepodległość oznacza zatem wolność praktykowania Dharmy; wolność ta nie ma jednak sensu, jeśli jest ślepa na kondycję człowieka. Po tybetańsku „prawa człowieka" to dosłownie „prawa wędrujących istot ludzkich", zaś „wędrujące - czy też błądzące - istoty" są jednym z podstawowych terminów buddyzmu tybetańskiego. Trzy kluczowe pojęcia - niepodległość, wolność i prawa człowieka - sprowadzają się zatem do nadania sensu ludzkiemu istnieniu. Wolność religijna implikuje prawo do przygotowania się do przyszłych żywotów, czyli altruistycznego czynienia dobra - co obejmuje i całe życie polityczne, i pracę na rzecz niepodległości. Przeciwieństwem są egoistyczne działania, powodowane chęcią zysku w tym życiu; tu odnoszą się do czczych, chińskich obietnic „poprawienia życia". Prawa człowieka w rozumieniu Tybetańczyków oddzielają więc altruizm od egoizmu, sacrum (obejmujące tak religię, jak i politykę) od profanum. Wartości, które dla człowieka Zachodu są w istocie polityczne i świeckie, Tybetańczycy identyfikują z aspektem sakralnym i symbolicznie przeciwstawiają - należącemu do profanum - systemowi chińskiemu. „Recytowania Om mani padme hum, odwiedzania świątyń i dawania datków nie uważa się za prawdziwą wolność religii", mówi mnich.

Tybetańczycy są od dawna świadomi istnienia Organizacji Narodów Zjednoczonych i uważają ją (być może naiwnie) za forum odpowiednie do zgłaszania swoich skarg. Często próbują podawać zagranicznym turystom ręcznie pisane listy adresowane do ONZ. Od 1987 roku mówią, że nie walczą tylko o niepodległość, lecz o prawa człowieka. Termin ten pojawia się coraz częściej w owych listach i na rozlepianych w Lhasie plakatach. Na kilka dni przed 10 grudnia 1988 roku (Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka) pojawiła się ulotka, w której czytamy: „Dziś jest dzień upamiętniający walkę o prawa człowieka. Apelując do ONZ oraz przyjaznych nam państw o przywrócenie należnych nam praw, i my, Tybetańczycy, chcemy czcić ten dzień".

Na plakatach, które rozlepiano w Lhasie rankiem 10 grudnia, obok znajomych haseł, takich jak: „Niech żyje Dalajlama" i „Niech żyje niepodległość Tybetu", pojawiły się nowe: „Niech żyje nowa demokratyczna konstytucja" i „Pamiętajmy o prawach człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych". Owe ulotki, listy i plakaty, prymitywnie kopiowane z drewnianych matryc lub przepisywane ręcznie, podpisywały czasem organizacje, nadające sobie nazwy typu „Rewolucyjny Komitet na rzecz Niepodległości Tybetu" lub „Zwycięski Wielki Tybet". Nazwy te często się zmieniały - co stanowiło odbicie dość luźnych powiązań w sieci tybetańskich dysydentów: od sprzedawców z Barkhoru, przez mnichów, mniszki, urzędników i studentów, po wykształcone przez Chińczyków kadry. Plakaty często rozwieszały kobiety, praktykujące o świcie swoje korła. Za dystrybucję i produkcję takich materiałów zawsze karano więzieniem.

Dla Tybetańczyków prawa człowieka powiązane są ściśle z pojęciem „prawdy" (bden-pa), która w ich języku znów ma konotacje religijne i polityczne (jako „sprawiedliwość"). Mówią o prawdzie (słuszności) swojej sprawy, o „prawdziwych prawach" (bden-pa'i thob-thang) oraz o „prawdziwej historii", które odbierają im Chińczycy. To zresztą standardowa odpowiedź na chińskie argumenty o braku armii i niemożności pokonania mocarstwa. Zacytujmy mnicha z Drepungu: „Najlepszy i jedyny sposób - to mówić zawsze prawdę. Inaczej nie możemy z nimi walczyć. Nawet gdyby walka zbrojna była możliwa, nie uciekalibyśmy się do niej. Naszym orężem jest prawda".

Odwołanie się do prawdy, w sensie religijnym i politycznym, jest antidotum na chińskie „kłamstwa", które opierają się wyłącznie na władzy i sile. W ulotce z 10 grudnia czytamy: „Każda wzmianka o prawdziwej historii okryłaby wstydem chińskich najeźdźców". Tybetańczycy wyobrażają sobie możliwość postawienia swej sprawy przed hipotetycznym niezależnym trybunałem, pewni, że „prawda zwycięży". Autorzy „Listu do Narodów Zjednoczonych", napisanego w sierpniu 1989 roku (pięć miesięcy po ogłoszeniu stanu wojennego) i przemyconego później z Tybetu, proszą: „Zbierzcie wszystkich mieszkańców Lhasy, mnichów i świeckich, oraz chińskie władze i bądźcie bezstronni. Dajcie nam tylko szansę mówić o prawdziwej historii".

Łatwo zbyć te apele o prawdę, widząc w nich, jak zrobili to Chińczycy wyłącznie jedyny argument dostępny bezbronnym. Niemniej to właśnie oni zbudowali fundament tybetańskiej świadomości politycznej, rozpoczynając kampanię przeciwko separatyzmowi. W końcu kazali Tybetańczykom słuchać swoich argumentów i dyskutować o nich. Choć wiece nie miały wiele wspólnego z prawdziwą rozmową, brak innych mechanizmów narzucania zbiorowego posłuszeństwa sprawił, że zaczęli oni szukać odpowiedzi na chińskie argumenty. (Władze nie próbowały przecież wycofać się z reform ani przywracać kolektywizacji.)

Z drugiej strony, modernizacja i rozwój gospodarczy nie mogą stanowić skutecznego substytutu ideologicznego dla socjalizmu (o którym właściwie nie mówiło się w ramach kampanii). Chińczycy chcieliby, żeby Tybetańczycy widzieli w nich reformatorów, a nie źródło ucisku. Ci zaś określają swe aspiracje mianem szeroko pojętej „modernizacji", podkreślając w ten sposób słabości chińskiego systemu. Napływ zagranicznych produktów, obcych idei i turystów tylko im w tym pomaga - niemal wszyscy cudzoziemcy sympatyzują z Tybetańczykami i są krytyczni wobec chińskich rządów, wydala się więc ich z Tybetu, ilekroć dochodzi do niepokojów. Chińczycy - błędnie - zakładali, że mogą „zmodernizować" tybetański sposób myślenia na swoją modłę. Kampania przyniosła skutek odwrotny - podważyła chińskie pretensje do tytułu „postępowości" i „nowoczesności", krystalizując jednocześnie tybetańską świadomość narodową.

Najważniejszy chyba dokument tego okresu patriotycznych protestów opracowała w 1988 roku i drukowała z drewnianych matryc grupa młodych duchownych z klasztoru Drepung. Znaczenie Drogocennej Demokratycznej Konstytucji Tybetu było przeznaczone dla mieszkańców rodzinnych wiosek owych mnichów i miało pokazać im, jak mógłby wyglądać wolny Tybet. Autorów zatrzymano wcześniej po demonstracji z 27 września 1987 roku i zwolniono w styczniu. Niektórych aresztowano ponownie i skazano na wieloletnie kary więzienia - przywódcę, Ngałanga Phulczunga, na dziewiętnaście lat - 30 listopada 1989 roku.

Konstytucja - to projekt demokratycznej ustawy zasadniczej, opracowany przez Dalajlamę na wychodźstwie w 1963 roku. Dokument z Drepungu opiera się na jej założeniach. Mówi o „równości" bez względu na płeć, pochodzenie społeczne, język, religię, rasę, majątek, miejsce urodzenia, oraz o równych prawach do wolności słowa, wolności myśli, gromadzenia się i zrzeszania oraz poruszania.

Niemniej tekst ten przede wszystkim odzwierciedla obecną sytuację i jest odpowiedzią na kampanię przeciwko separatyzmowi. Zaczyna się od wezwania Tybetańczyków do kontynuowania walki z „obcym chińskim najeźdźcą" z „siłą, której źródłem jest dowiedziona prawda" (bsgrub-bya bden-pa yin-pa'i rang-bzhin gyi nus-shugs). Echo języka klasztornych debat pokazuje, jak mnisi szukają racjonalnych elementów w tradycji religijnej do odpierania chińskich argumentów. Większą część poświęcono omówieniu znaczenia „demokracji, łączącej założenia polityczne i religijne" (chos srid gnyis-ldan gyi dmangs-gtso). To, oczywiście, tradycyjna formuła polityczna: według autorów tego tekstu to właśnie buddyzm jest zgodny z duchem demokracji, a propozycje Chińczyków - nie.

Znaczenie odpowiada na wiecowe argumenty, mające dowodzić, że tylko system chiński może stawić czoło wyzwaniom współczesności. Język jest prosty i bezpośredni, niemniej styl argumentacji wyrasta z tradycji monastycznych dysput. Tybetańskie określenie „demokracji" (dmangs-gtso) zrozumiemy, rozbijając ten termin na dwie sylaby. Pierwsza (dmangs) oznacza „szerokie masy" (rgya-che'i mi-dmangs), czyli wszystkich, bez żadnych wyjątków, niezależnie od pozycji, pochodzenia, pokrewieństwa itd. Mnisi zapożyczają tu standardowy termin z chińskiego leksykonu komunistycznego i, używając go w kontekście niepodległościowym, nadają mu nowe znaczenie. Następnie tłumaczą pojęcie „szerokich mas", używając przykładu Tybetu. W ten sam sposób omawiają znaczenie drugiej sylaby (gtso) - skrótu od słowa gtso-ba: „wspaniały", „najwyższy". W ten sposób demokracja staje się „praktyką wyrażania woli społeczeństwa zgodnie z pragnieniami i życzeniami szerokich mas" (rgya-che'i mi-mang gi dgos ‘don ‘dod-babs bor bstun dgos-pa'i spyi mos kyi lugs srol).

Potem mnisi definiują pojęcie rządu reprezentatywnego. Najważniejszy nie jest tu jednak komentarz do projektu konstytucji niepodległego Tybetu z 1963 roku, ale informacje na temat politycznych dyskusji, toczących się obecnie w kraju. Znaczenie szczegółowo omawia kwestię „starego społeczeństwa" - podkreślając, że nie ma mowy o powrocie do „poddaństwa" (shing-bran gyi lam-lugs) i „starego systemu" rządów „feudalnych panów" (bkas-bkod brgyud-'dzin-pa). Duchowni znów odpierają więc standardowe oskarżenia z politycznych wieców.

Wiece te zmusiły mnichów do myślenia o demokracji w kategoriach uniwersalnych. Bez nich zapewne nie mieliby po temu żadnego powodu. Paradoksalnie, władze osiągnęły deklarowany cel, podnosząc świadomość polityczną Tybetańczyków, tyle że nie tak, jak tego chciały: tłumiona wrogość do Chińczyków wybuchła ze zdwojoną siłą, a tybetańskie wołanie o niepodległość połączone zostało z nowoczesnymi ideami politycznymi, takimi jak demokracja i prawa człowieka. Szczególnie zaskakujące jest to, że doszło do tego w trakcie brutalnej kampanii, której celem było złamanie oporu Tybetańczyków. Nowe terminy - choć stopień ich rozumienia musi być bardzo różny - poznała niemal cała populacja tybetańska, wiążąc je z Dalajlamą i niepodległością. Idee demokracji i praw człowieka stały się wśród Tybetańczyków powszechne; nikt też nie wątpi, że o nie właśnie toczy się walka o niepodległość Tybetu. http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=244 ręceprecz odtybetu
_________________
"Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"

"Doskonale. Wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Jestem bezwzględnie inteligentny."

bo w życiu ważne jest poczucie koloru
 
 

     Sol  



Zaproszone osoby: 1
Tytuł: Smarkula
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 5010

Wysłany: 2008-08-17, 03:11   

Tybetańskie zgromadzenie przedstawicieli ludowych
Tybetańskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych jest najwyższym organem ustawodawczym tybetańskiej społeczności emigracyjnej. Stanowione przez nie prawo nabiera mocy z chwilą zatwierdzenia przez J. Ś. Dalajlamę. ręceprecz odtybetu

Zostało ustanowione w 1960 r., w ramach wysiłków, jakie podjął Jego Świątobliwość Dalajlama na rzecz demokratyzacji systemu administracji. Jako Komisja Tybetańskich Przedstawicieli Ludowych, odbyło swoje pierwsze posiedzenie 2 września 1960 r. Od tamtej pory wzrosła nie tylko jego liczebność (z 13 do 46), ale i zakres uprawnień.
Funkcjonowanie TZPL reguluje Rozdział V Karty Tybetańczyków na Wychodźstwie (Artykuły 36-61.) ręceprecz odtybetu

Skład Zgromadzenia określa Artykuł 37 Karty:

* Po 10 członków wybranych z każdej z 3 prowincji Tybetu - U-Cangu, Amdo i Khamu (w tym przynajmniej dwie kobiety z każdej prowincji),
* Po 2 członków wybranych przez społeczności wyznaniowe: Ningma, Kagju, Sakja, Gelug i Bon,
* 1-3 członków mianowanych bezpośrednio przez J. Ś. Dalajlamę, ze względu na wybitne osiągnięcia na polu sztuki, nauki, literatury i działalności społecznej,
* 1 członek wybrany przez Tybetańczyków, mieszkających w Kanadzie i USA,
* 2 członków wybranych przez Tybetańczyków, mieszkających w Europie.

W sumie Zgromadzenie liczy 46 deputowanych, z czego 43 pochodzi z wyborów powszechnych.

Kadencja TZPL trwa 5 lat.

Czynne prawo wyborcze (prawo głosu) mają wszyscy Tybetańczycy, którzy ukończyli 18 lat.

Bierne prawo wyborcze (prawo kandydowania) mają wszyscy Tybetańczycy, którzy ukończyli 25 lat.

Obecnie urzędujące TZPL w ponad 60 % składa się z osób poniżej 50-go roku życia.

Nowo wybrani członkowie parlamentu składają następującą przysięgę:

"Będę wypełniał swoje obowiązki jako członek TZPL zgodnie z literą i duchem Karty, w niczym jej nie uchybiając, nie kierując się własnym interesem, strachem, przywiązaniem ani nienawiścią, lecz altruizmem i uczciwością, dokładając wszystkich możliwych starań". ręceprecz odtybetu

Pracami Zgromadzenia kierują Marszałek i Wicemarszałek, wybierani na pierwszym posiedzeniu Zgromadzenia danej kadencji. Wybierają ich sami deputowani spośród swojego grona, w tajnym głosowaniu. ręceprecz odtybetu

TZPL obraduje corocznie na 2 sesjach - zimowej i letniej, w odstępie 6 miesięcy. W sytuacji nadzwyczajnej, Jego Świątobliwość Dalajlama może zwołać sesję specjalną.

Do praw i obowiązków TZPL należą:

* Wybór członków Kaszagu (Gabinetu).
* Możliwość odwołanie indywidualnie któregokolwiek z ministrów (Kalona) lub całego Kaszagu.
* Badanie decyzji Kaszagu i podległej mu administracji pod kątem zgodności z polityką i programami, przyjętymi przez Zgromadzenie.
* Uchwalanie ustaw, ram prawnych, rozporządzeń i podejmowanie decyzji politycznych.
* Kontrola i nadzór finansów, w tym wydatków Centralnej Administracji Tybetu.
* Kontakt z rządami, parlamentami, organizacjami pozarządowymi i osobami prywatnymi na całym świecie, w celu zdobywania poparcia dla sprawy Tybetu.
* Zapewnienie sprawnego działania Zgromadzeń Lokalnych we wszystkich większych osiedlach tybetańskich.
* Nadzorowanie prac pod-komitetów BRDL (Regionalnych Komitetów Bhod Rangwang Denpe Legul).
* Przeprowadzanie debat nad kwestiami o wymiarze narodowym, międzynarodowym, oraz tych, o znaczeniu lokalnym i indywidualnym.
* Wysłuchiwanie skarg publicznych i petycji członków społeczności tybetańskiej na wychodźstwie.
* Utrzymywanie stałego kontaktu z Tybetańczykami, mieszkającymi w i poza Tybetem w celu poznawania ich dążeń i problemów.
* Odgrywanie roli partii opozycyjnych w sensie, w jakim sprawowanie skutecznej kontroli nad administracją na wychodźstwie należy nie tylko do opozycji, ale jest obowiązkiem Zgromadzenia jako całości.

By reprezentować w pełni interesy elektoratu, do zadań członków Zgromadzenia należy regularne odwiedzanie tybetańskich osiedli, ocena panujących tam warunków bytowych i przedstawianie po powrocie listy różnego rodzaju skarg i spraw, wymagających uwagi Administracji. ręceprecz odtybetu

Obsługą prac Tybetańskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych zajmuje się Sekretariat. Do jego obowiązków należy m.in. opracowywanie procedur parlamentarnych i przygotowywanie relacji z oficjalnych obrad izby. Kompletne sprawozdanie z każdej sesji jest publikowane w formie Biuletynu Wiadomości (liczącego ok. 250 stron), rozsyłanego następnie do wszystkich Administratorów Osiedli, przedstawicieli Zgromadzeń Lokalnych, Komitetów Bhod Rangwang Denpai Legul (BRDL), tybetańskiej prasy, Biur Tybetu oraz organizacji pozarządowych i Grup Wsparcia Tybetu. ręceprecz odtybetu

Stojący na czele Sekretariatu Sekretarz Parlamentarny pracuje pod kierunkiem Marszałka i Wicemarszałka.

Zasadniczy schemat porządku obrad wygląda następująco:

* Godzina Pytań,
* Wystąpienia kalonów i indywidualne wystąpienia członków,
* Uchwalanie aktów legislacyjnych,
* Głosowanie nad przyznaniem środków pomocowych i kontrolą finansów,
* Godzina Zero (zapożyczona od parlamentu indyjskiego praktyka, pozwalająca deputowanym na zajęcie się sprawami doraźnymi),
* Prace nad rozmaitymi budżetami ,
* Debata nad wnioskami lub wystąpieniami.
źródło: sft.org.pl
_________________
Dum spiro, spero.

"It seems that once you get laid, your life basically turns to shit."
 
 
 

     Colorblind  



Tytuł: zielona maupa
Dołączyła: 20 Cze 2007
Posty: 7732
Skąd: Bimini iiii Finimini

Wysłany: 2008-08-17, 03:11   

Stan wojenny



Ogłoszenie stanu wojennego w Lhasie w nocy z 7 na 8 marca 1989 roku zmusiło władze chińskie do stosowania coraz brutalniejszych środków tłumienia sprzeciwów. Odpowiedzialnością za utrzymanie porządku w Lhasie obarczono AL-W. Wydarzenia wcześniejsze wskazują, że rząd planował sprowokowanie Tybetańczyków do rozruchów, by znaleźć pretekst do ogłoszenia stanu wojennego i wyprowadzenia na ulice wojska, gdyż pierwsza demonstracja z 5 marca była mała, pokojowa i niczym nie różniła się od wielu poprzednich w ostatnich miesiącach. Kiedy policja otworzyła ogień do demonstrantów, wycofano z tybetańskiej części miasta służby bezpieczeństwa, jak gdyby zapraszając Tybetańczyków do zamieszek. Potem policjanci od czasu do czasu atakowali manifestantów, strzelając do nich na oślep, co musiało wzbudzić jeszcze większą wściekłość tłumu.

Ogłoszenie stanu wojennego pozwoliło władzom na zakazanie wizyt cudzoziemcom - poza kilkoma „wybrańcami" - i ograniczenie swobody podróżowania Tybetańczyków. Manifestacje siły - przemarsze uzbrojonych oddziałów, transportery opancerzone, wojskowe posterunki na ulicach - stały się stałymi elementami lhaskiego pejzażu. 4 marca 1990 roku na plac przed Dżokhangiem wjechały czołgi, by zapobiec demonstracjom w rocznicę stanu wojennego.

Głównym rezultatem kampanii prowadzonej po ogłoszeniu stanu wojennego była fala aresztowań i wyroków za rozmaite „przestępstwa kontrrewolucyjne". Większość ofiar nie miała nic wspólnego z rozruchami czy demonstracjami, choć do masowego skazywania więźniów przystąpiono dopiero po 8 marca 1989 roku. W latach 1989-90 zapadały bardzo surowe wyroki. Na dziesięć i więcej lat skazywano na przykład za „uczenie reakcyjnych piosenek o niepodległości", śpiewanie pieśni o Dalajlamie, rozlepianie plakatów, posiadanie tybetańskiej flagi czy rozpowszechnianie publikacji niepodległościowych. 23 stycznia 1990 zwołano wiec, na którym ogłoszono wyroki dwudziestu dwóch Tybetańczyków - wśród nich młodocianych - oskarżonych o przestępstwa kontrrewolucyjne. Skazanych obwożono później po mieście.

Nadal trwało też polowanie na separatystów - kampanie „prześwietlania i śledztwa" stały się integralną częścią życia Tybetańczyków. Coraz większą rolę odgrywały grupy robocze, powołane doraźnie do przeprowadzenia kampanii reedukacji ideologicznej. Teraz do ich formalnych obowiązków należał już nadzór i obserwacja. Powołano również stałe Biuro do spraw Stabilizowania Sytuacji, które miało prowadzić dochodzenia wobec osób uznanych za „niechętne do współpracy".

http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=244
ręceprecz odtybetu
_________________
"Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"

"Doskonale. Wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Jestem bezwzględnie inteligentny."

bo w życiu ważne jest poczucie koloru
 
 

     Sol  



Zaproszone osoby: 1
Tytuł: Smarkula
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 5010

Wysłany: 2008-08-17, 03:12   

Karma joga

Chcąc uniknąć gromadzenia karmy należy poświęcać nasze istotne działania Wyższej Świadomości, czyli Bogu. W ten sposób postępując wszystko co robimy staje się medytacją, dostrajaniem do harmonii kosmosu. ręceprecz odtybetu

Główne myśli KARMY JOGA są następujące:

1. Nawet przez chwilę nie powinniśmy pozostawać bierni. Bierność nie jest celem Jogi. Poświęcone Bogu i oddzielone od emocji działanie, jest znacznie cenniejsze.
2. Pewne działania, wykonywane w powyższym duchu są obowiązkowe.
3. Nie powinniśmy pragnąć oraz troszczyć się o rezultaty naszych działań. Należy je pokornie ofiarować Bogu, w duchu jego miłości. Jakość naszych działań jest miarą naszej miłości do Boga i naszego związku z Harmonią Kosmosu.
4. Nie powinniśmy wiązać się emocjonalnie z naszymi działaniami.
5. Nie jesteśmy autorami naszych poczynań. To Bóg działa przez nas. Przed wykonaniem czynności powinniśmy pokornie wezwać Boga i ofiarować Mu nasze czyny oraz ich owoce. ręceprecz odtybetu

Czynności wykonane w duchu wyliczonych powyżej pięciu praw KARMA JOGA nie tworzą zamkniętego łańcucha karmy. ręceprecz odtybetu

Etapy ofiarowywania naszych działań Bogu
Joga

1. Ofiarowanie rezultatów naszego działania przed jego rozpoczęciem.

2. Przyjęcie odpowiedzi Boga, w stanie wewnętrznej koncentracji. Po dokonaniu ofiary należy kilka minut czekać na odpowiedź. Brak odpowiedzi świadczy o braku akceptacji i wykonane działania wytworzą karmę. Odpowiedź może być ledwo odczuwalna lub wyraźna. Odpowiedzi towarzyszy przenikający nas od głowy do stóp stan uniesienia. Działaniu właściwie ofiarowanemu zawsze towarzyszy odpowiedź Boga. ręceprecz odtybetu

Pomagając innym w duchu Karma Joga należy pamiętać, że:

* Wartościowa pomoc uczy nas jak mądrze pomagać sobie. Jest to nauka poprzez, pozbawioną emocji i litości, pomoc innym.
* Żeby dać trzeba najpierw mieć.
* Pomagając ofiaruj swoje działanie Bogu. Bez pomocy Boga nie pomożesz innym.
* Litość jest biernym rezonansem z cierpieniem drugiej osoby. Litując się przejmujemy problemy drugiej osoby, często jej nie pomagając i blokując jednocześnie własny rozwój. Poprzez litość nie integrujemy się z Harmonią Kosmosu.
Współczując pomagamy innym w duchu kontemplacji ludzkiego cierpienia. Współczucie jest mobilizującym, aktywnym nastawieniem, sprzyjającym pomocy innym w świetle nauki Karma Joga. Współczucie jest oczyszczające, bardzo pomocne w naszej wewnętrznej ewolucji. źródło: umysł.pl
_________________
Dum spiro, spero.

"It seems that once you get laid, your life basically turns to shit."
 
 
 

     Colorblind  



Tytuł: zielona maupa
Dołączyła: 20 Cze 2007
Posty: 7732
Skąd: Bimini iiii Finimini

Wysłany: 2008-08-17, 03:12   

nowu w tarapatach

Robert Barnett

I znów wpadłem w tarapaty. Podczas spotkania na Harvardzie – dziesięciu Tybetańczyków, czterech chińskich uczonych i kilka bladych twarzy, zaproszonych przez groźnego tybetańskiego prawnika Lobsanga Sangaja i socjologa Xu Xiaojianga, który przez rok prowadził badania w Lhasie. Kiedy dyskusja nabrała rumieńców, mój niewyparzony język sprawił, że wybitni przedstawiciele diaspory zaczęli publicznie deklarować, że obiją mnie po pysku. Zawsze to jakieś osiągnięcie, gdyż tybetańscy przywódcy z reguły epatują pacyfizmem. Na moje szczęście, byli zbyt uprzejmi, żeby zrealizować swoje zapowiedzi, i wciąż mam całą szczękę. Nie ulega jednak wątpliwości, że posunąłem się za daleko i musiałem salwować się ucieczką.

Poszło o dwa niewinne z pozoru słowa: „my” i „Tybetańczycy”. „Wszyscy Chińczycy są szczęśliwi”, powiadają często chińscy przywódcy, a ja należę do ludzi, którzy uważają takie deklaracje za dziecinne. Zastanawiam się, ilu on – bo to zawsze jest on – spotkał Chińczyków i jak mierzył ich szczęście? Czy badał suwmiarką ich uśmiechy? Wyznaczył miesięczny limit łez, poniżej którego człowieka uznaje się szczęśliwym? I skąd wie, że to szczęście jest skutkiem jego polityki? Na tej samej zasadzie można by uznać, że jako Anglik muszę być dobrze wychowanym dżentelmenem, którym, niestety, nie jestem. Dla mnie to takie samo intelektualne nadużycie jak stwierdzenie indyjskiego dziennikarza, który bodaj przed trzema miesiącami napisał, że Tybetańczycy nie darzą już szacunkiem Dalajlamy, bo podczas wycieczki do Tybetu nie widział jego zdjęć (i postanowił nie wspomnieć, że ich posiadanie jest tam zakazane).

W dniu, w którym dostałem polemicznego słowotoku, jeden z tybetańskich mówców stosował podobną strategię. Nie powtarzał ulubionego frazesu diaspory o szczęściu wszystkich mieszkańców Tybetu przed nastaniem Chińczyków, gdyż w ostatnich latach wyszedł on z mody: był niesprawdzalny, łatwy do obalenia i przenosił środek ciężkości dyskusji z upodmiotowienia Tybetańczyków na ich dobre samopoczucie. Miał inną ideę, wedle której Tybetańczycy wierzą w powszechne oświecenie i pragną pomagać wszystkim istotom w osiągnięciu nirwany. Oczywiście, jestem przekonany, że wierzy w to Dalajlama i czyni to w najlepszy możliwy sposób oraz że niektórzy Tybetańczycy idą w jego ślady. Z pewnością przecież nie wszyscy. Na tej samej zasadzie moglibyśmy powiedzieć, że wszyscy Tybetańczycy są buddystami, że wszyscy są głęboko religijni, mili, inteligentni albo piękni. Wielu, przynajmniej dla mnie, jest, jednak ani ja, ani nikt inny nie spotkał ich wszystkich, o terenowym badaniu wierności idei powszechnego oświecenia nie wspominając. Trudno tu więc o weryfikację. A skoro słuszności takiej tezy dowieść nie sposób, ten, kto ją stawia, wychodzi na głupca.

Nie mam obsesji na punkcie statystyki i nie o nią tu idzie. Ani nawet nie o bezpodstawne uogólnienia, które uczenie nazywa się „esencjonalizowaniem” i z których rodzi się rasizm. Mój niepokój ma wymiar strategiczny. Obawiam się, że kiedy tybetańscy przywódcy mówią takie rzeczy, budzą wesołość poważnego audytorium. Słuchacze nie muszą śmiać się im w nos, ba, mogą sobie tego nawet nie uświadamiać. Po prostu wyłączają myślenie i cieszą oczy niezwykłością, egzotyką i niekłamanym czarem prelegentów. Jeśli jednak mają władzę i wpływ na decyzje polityczne w prawdziwym świecie, moim zdaniem raczej nie pomyślą sobie: „Muszę zrobić wszystko, żeby to właśnie ci ludzie mogli decydować o tym, co dzieje się w Tybecie”, ponieważ nie przyjdzie im na myśl, że mają do czynienia z pragmatykami, którzy potrafią rządzić krajem. Uznają ich, rzecz jasna, za marzycieli. To wielka szkoda, ponieważ niektórzy tybetańscy liderzy są poważni, pragmatyczni, superinteligentni i doskonale kierowaliby sprawami własnego kraju. Wydaje mi się, że właśnie z tego powodu Tybetańczycy nie zawsze zyskują poparcie myślących i wpływowych przedstawicieli innych społeczności – choćby w Chinach – przyciągając za to do siebie podobnych do mnie mięczaków, którzy, prawdę mówiąc, nie zdadzą się im na wiele. I dlatego mówienie o „nas Tybetańczykach” nie wydaje mi się najrozsądniejszym posunięciem.

Podobne uczucia budzą we mnie tezy o „pacyfizmie” Tybetańczyków, które zwykle stawia się tak, jakby organicznie lub za sprawą religii nie byli oni zdolni do robienia świństw. Zainteresowanie zagranicznych przywódców powinna budzić nie moralna wyższość – politycy mają ją w nosie – niestosowania przemocy, lecz fakt, że jest ono przemyślaną strategią polityczną części Tybetańczyków, którzy postanowili sięgnąć po nią w określonym czasie z określonych przyczyn, choć mogliby i chcieli – jak precyzyjnie wyłożył mi były lhaski archeolog Sonam Tenzin – spuścić komuś manto. Ludzie ci kalkulują i na zimno dokonują wyboru, ponieważ przynosi to lepsze rezultaty i dobrze wygląda, natomiast pacyfizm wrodzony jest być może czarujący, lecz całkowicie bezużyteczny politycznie. Moim zdaniem Dalajlama robi tak wielkie wrażenie, ponieważ nigdy nie powiedział, że kategorycznie wyklucza przemoc ani że nie jest do niej zdolny, powtarzając, iż w takich a nie innych okolicznościach wybiera akurat tę strategię, gdyż przemawiają za nią korzyści długofalowe. To mądre posunięcie kogoś, kto ma przed sobą największą armię na naszej planecie, a nie skok w duchową głębię.

W prawdziwych tarapatach znalazłem się jednak dopiero komentując tezę o niewzruszonym poparciu Tybetańczyków dla dalajlamów w ciągu bodaj czterystu lat istnienia tej instytucji. Zapewne w istocie cieszyli się oni większym poparciem niż większość przywódców innych państw, a przynajmniej tak to wygląda z dzisiejszej perspektywy. Z pewnością jednak istnieje też opozycja. Świadczy o tym choćby agresywna, ale uprawniona kampania zachodnich stronników Kelsanga Gjaco w sprawie Szugdena w latach dziewięćdziesiątych, morderstwa w Dharamsali w 1997 roku, anonimowy „Kieł mangusty” z 1995 roku, diatryby Szamara Rinpocze publikowane od czasu do czasu przez Hindustani Times, konflikt z trzynastoma osadami w latach sześćdziesiątych i tak dalej. Możemy się domyślać, że opozycja istniała i wcześniej, skoro co trzeci dalajlama nie dożywał pełnoletności. Większość historyków jest zdania, że zostali oni zamordowani i że ówczesne elity z regentami na czele nie były tak pacyfistyczne, jak starają się być ich co poniektórzy spadkobiercy. Jeśli dobrze pamiętam, XIII Dalajlamę próbowano zabić dwukrotnie. Lobsang Sangaj zwrócił mi uwagę, że za częścią zamachów mogli stać ambanowie, ale nawet jeśli, nie zmienia to faktu, że wokół dalajlamów działy się paskudne rzeczy, które wskazują na istnienie jakiejś opozycji.

Tak się składa, iż uważam, że opozycja jest czymś zdrowym w społeczeństwie demokratycznym i czymś nieuchronnym w społeczeństwach zorganizowanych inaczej, a zdrowe życie polityczne polega na przyjmowaniu do wiadomości różnic i szukaniu metod ich inkluzji. Zaprzeczanie ich istnieniu – choćby najbardziej kwieciste – nie wydaje mi się rozsądne, ponieważ każe podejrzewać, że przywódcy, którzy posługują się taką retoryką, traktują swój tybetański elektorat jak stado jednomyślnych pluszowych misiów. Obserwator zewnętrzny dojdzie natomiast do wniosku, że owi liderzy nie muszą albo nie chcą zmagać się z poważnymi problemami ani szukać trudnych kompromisów, co ma się rozumieć, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Co gorsza, trąci to, zapewne zupełnie mimowolnie, totalitaryzmem.

Choć na Harvardzie dramatycznie przeszacowałem siły i przyszło mi uciekać z podwiniętym ogonem, chciałbym powiedzieć jedno: lepiej przyznawać się do istnienia różnic między ludźmi, ponieważ znaczy to, że można o nich dyskutować i szukać sposobów ich uwzględniania, to zaś świadczy o dojrzałości i zdolnościach politycznych. Chciałbym też wznieść toast za różnorodność i odmienność oraz za zgon pustych uogólnień. A teraz, jak na Anglika przystało, wracam siedzieć cicho w domu, pić herbatę, jeść dorsza z frytkami i zachowywać się jak dżentelmen, którym powinienem być. http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=406 ręceprecz odtybetu
_________________
"Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"

"Doskonale. Wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Jestem bezwzględnie inteligentny."

bo w życiu ważne jest poczucie koloru
 
 

     Sol  



Zaproszone osoby: 1
Tytuł: Smarkula
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 5010

Wysłany: 2008-08-17, 03:13   

Karma

KARMA = DZIAŁANIE, jest konsekwencją naszych przeszłych uczynków ( żyjąc gromadzimy karmę ). ręceprecz odtybetu

Jak wiemy, wszystkie nasze działania na poziomie fizycznym, emocjonalnym i umysłowym wywołują odpowiednie reakcje. Na przykład: naszemu emocjonalnemu zwróceniu się do partnera towarzyszy zazwyczaj zbliżona reakcja; naszym świadomym myślom i zamiarom towarzyszą instynktowne zachowania, wywołane przez naszą podświadomość. Podobnie, konsekwencją naszych czynów jest gromadzona karma. ręceprecz odtybetu

Każde działanie, myślenie człowieka powoduje wysłanie porcji energii ( SHAKTI ) do kosmicznej pamięci ( AKASHA ). Wyemitowana energia pozostawia ślad w naszej bezkresnej podświadomości. Po czasie zakumulowana w podświadomości energia powraca do nas, a ściślej mówiąc, wywiera wpływ na nasze bieżące życie. Jeśli popełnimy względem kogoś dobry lub zły uczynek odpowiednio dobre lub złe konsekwencje naszego postępowania odczujemy sami. W ten sposób żyjąc zdobywamy mądrość, która kieruje nas ku lepszemu, perfekcyjnemu życiu. ręceprecz odtybetu

Jeśli ignorujemy własne postępowanie, to odczujemy konsekwencje zgromadzonej przez nas karmy. Duchowe zatroskanie popełnionymi czynami uwalnia nas od skutków karmy. Ważne jest zatem nie tylko to co się robi, ale również to kim się jest. ręceprecz odtybetu

Nagromadzona karma jest jak bomba skryta w naszej podświadomości. Wszelkie czyny, które pozostawiły ślady w podświadomości ( SANSARY ) mogą w każdej chwili wybuchnąć. Charakter i postępowanie człowieka na Ziemi jest zatem zdeterminowane przez SANSARY, produkt karmy. SANSARY wędrują od wcielenia do wcielenia. ręceprecz odtybetu

Ze zgromadzonych w podświadomości śladów, "nasion" naszych czynów, odradzają się i wyrastają nowe zachowania podobne do SANSAR, z których powstały. Czynisz dobro otrzymasz dobro ( w zasadzie od siebie ).
==== • ====

Mamy trzy poziomy karmy:

* Sanchita Karma - są to zgromadzone, pod postacią karmy, czyny, czekające na odreagowanie. Aktualnie warunki nie sprzyjają ponownemu odrodzeniu się karmy. Poprzez dobroczynność, ćwiczenia duchowe możemy niszczyć tą drzemiącą karmę.
* Prarabdha karma - jest to część naszego życia, będąca ciągłym odreagowywaniem nagromadzonej karmy. Dojrzała karma, poprzez wywoływanie zbliżonych do siebie reakcji, stale się odradza i trudno jest zatrzymać ten cykliczny proces.
* Przyszła karma - obecne i przyszłe działania, które wytworzą karmę.

Czas od zgromadzenia karmy do odpowiedniej reakcji, przez nią wywołanej, może być bardzo różny. Każdemu zakumulowanemu działaniu odpowiada swoiste echo, na poziomie akcji i reakcji. W praktyce wygląda to tak, że jeżeli popełnimy jakiś czyn to po czasie wykonamy go jeszcze raz, gdyż ten czyn wytworzył SANSARĘ, która z kolei jest zalążkiem nowego, podobnego czynu. Takie cykliczne działania mogą mieć miejsce co kilka godzin, tygodni, miesięcy. Z czasem echo słabnie. ręceprecz odtybetu

Nasze działania są pod silnym wpływem naszych myśli. Jesteśmy nawet zdolni skierować nasza karmę na inną osobę.

Czyniąc dobro otrzymujemy dobro. Czyniąc zło otrzymujemy zło. Źle postępując z sobą samym również wytwarzamy złą karmę.

Żyjąc kształtujemy nasze życie zgodnie z: zakresem naszej świadomości, stanem podświadomości ( skryte, instynktowne potrzeby, zachowania ) oraz budową naszego systemu percepcji. Świat widzimy zatem nie taki jakim on jest tylko taki jaki możemy zobaczyć.

Warto podkreślić znaczenie naszej inteligencji czyli umysłu, który stwarza nam wolność wyboru. Wybierając właściwe zachowania możemy znacznie zmniejszyć skutki "złej" karmy. ręceprecz odtybetu

ZMIENIĆ NASZE PRZEZNACZENIE to jedno z wyższych zadań człowieka w życiu. Generalnie ludzie nieświadomie, czyli biernie traktują konsekwencje karmy, którą nagromadzili. Działając stale w ten sam sposób powodujemy ciągłe gromadzenie i odradzanie karmy oraz brak możliwości wyzwolenia się z tego błędnego koła.
Tradycja jogi mówi jasno, że człowiek ma moc wymknąć się z tego zamkniętego koła. Zniszczenie karmy jest warunkiem poprzedzającym oświetlenie naszego umysłu.

Żyjąc jesteśmy pod wpływem nie tylko własnej karmy ale również zbiorowej, wytworzonej przez społeczeństwo w którym żyjemy.
Karma jest główną przyczyną naszego życia na ziemi. Zatem pozbycie się złej i dobrej karmy jest istotnym celem człowieka, dążącego do wyzwolenia się z koła narodzin i śmierci.
W tradycji jogi karma jest dobra gdy pomaga człowiekowi w duchowej ewolucji. Zła karma oznacza, że jeszcze wiele lekcji jest do przyswojenia. Dobra karma świadczy o zrozumieniu wielu lekcji i podążaniu człowieka drogą świadomego rozwoju wewnętrznego, do krainy wyższej świadomości. Czyny na tej drodze są pozbawione obciążenia karmicznego. Mogą powodować reakcje, lecz wszystko przebiega pod kontrolą człowieka.

Podstawową ideą umożliwiającą uwolnienie się od zamkniętego koła narodzin i śmierci, wynikającego z nagromadzonej karmy jest NISKAMA KARMA. { działanie - KARMA, bez - NIS, przywiązanie - KAMA }, czyli działanie spontaniczne, samoistne, niewymuszone, bez pragnienia osiągnięcia rezultatów.
Nie ma to nic wspólnego z lenistwem, czy brakiem aktywności. Przeciwnie oznacza działanie inteligentne, zgodne z rytmem kosmosu, podejmowane w specyficznym stanie świadomości. ręceprecz odtybetu

Chcąc zsynchronizować nasze działania z harmonią kosmosu, czyny muszą być poświęcone wyższej, boskiej istocie, bez oczekiwania rezultatów i pochwał. Siłą sprawczą naszych działań powinno być poczucie obowiązku. Kosmiczne prawo mówi: jeśli identyfikujesz się emocjonalnie ze swoimi czynami to one panują nad tobą, jesteś pod wpływem i kontrolą karmy. Ty panujesz nad czynami jeśli się w nie nie wciągasz.
NISKAMA KARMA nie znaczy obojętności wobec swoich czynów. Przeciwnie, wymaga od nas maksimum uwagi i odpowiedzialności. Nie trzeba się obawiać działania gdy czas dojrzał, nie trzeba też z niepokojem oczekiwać rezultatów. ręceprecz odtybetu

Autor: Krzysztof Drupka, źródło: umysl.pl
_________________
Dum spiro, spero.

"It seems that once you get laid, your life basically turns to shit."
 
 
 

     Colorblind  



Tytuł: zielona maupa
Dołączyła: 20 Cze 2007
Posty: 7732
Skąd: Bimini iiii Finimini

Wysłany: 2008-08-17, 03:13   

Najmłodsi więźniowie polityczni Chin

Robert Barnett

Za górami, za lasami, w pewnym mieście uwięziono dwóch sześciolatków.
Jeden z nich ma być nowym wcieleniem mnicha, który żył w Tybecie w XI wieku.
Przywódcy wielkiego państwa grożą, że wtrącą do więzienia każdego,
kto opowie się za niewłaściwym chłopcem.
Tym miastem jest Pekin, wszystko to dzieje się dzisiaj i niezależnie od tego, jak się skończy –
ofiarami będą owe dzieci.

Gendun Czokji Nima urodził się w miasteczku Lhari w północnym Tybecie w kwietniu 1989 roku. Trzy miesiące wcześniej, w oddalonym o 500 kilometrów Szigace zmarł X Panczenlama, najwyższy przywódca duchowy, który pozostał w Tybecie. Rodzice Genduna, pracownicy lokalnego szpitala, musieli wiedzieć, że świadomość wielkiego lamy szuka po śmierci nowej formy, by kontynuować dzieło poprzednika: ich najstarszy syn został już uznany za inkarnację opata pobliskiego klasztoru Jarigang. Brzemienna kobieta mogła się wręcz o to modlić, mogła też powiedzieć odwiedzającym rodzinę lamom, że jej najmłodszy syn miał na ramionach przypominające pierścienie znamiona i że jego pierwsze słowa brzmiały: “Jestem Panczenem”.

Pięć lat później, gdy w Lhari pojawiła się grupa mnichów z klasztoru Panczenlamy w Szigace, przypomniano sobie o bliznach po kajdanach, które zostały poprzedniemu Panczenlamie z czasów rewolucji kulturalnej. Rozmyślano też o literach, jakie ukazały się Czadrelowi Rinpocze, przewodzącemu owej grupie opatowi Taszilhunpo, który w październiku zeszłego roku modlił się o znak, wizję nad brzegiem świętego jeziora Lhamo Lhaco.

W styczniu 1995 roku informacje te, mimo wyjątkowo srogiej zimy, przeniesiono w tajemnicy przez Himalaje i przekazano Dalajlamie. Leżała przed nim lista dwudziestu ośmiu kandydatów. Karteczki z ich imionami umieszczono w kulkach z ciasta, te zaś w specjalnym naczyniu, którym obracano, póki nie wypadła jedna z nich. Cały proces powtarzano trzykrotnie. Za każdym razem rezultat był taki sam. Dla Tybetańczyków oznaczało to, że Gendun Czokji Nima jest nowym Panczenlamą.

Jeśli ta część opowieści brzmi jak stara tybetańska baśń, reszta jest starą polityką partii komunistycznej. W sierpniu 1993 roku rząd ChRL polecił Czadrelowi Rinpocze przerwać, do tej pory oficjalne, kontakty z Dalajlamą. Kiedy 14 maja 1995 Dalajlama ogłosił, że Panczenlamą jest Gendun Czokji Nima, Chińczycy natychmiast zorientowali się, że wybrano kandydata Czadrela. Uznali, że ich oszukano. W końcu ich pretensje do Tybetu opierają się w znacznej mierze na traktacie z 1792 roku, który obiecywał im udział w procesie selekcji wielkich lamów.

Lhari otoczyło wojsko. Uprowadzono chłopca i jego rodzinę. Najpewniej do Pekinu. Od tego czasu nic nie wiadomo o ich losie. W klasztorze Taszilhunpo zjawiło się pięćdziesięciu partyjnych urzędników, którzy zaczęli reedukować mnichów. Do Szigace ściągnięto około pięciu tysięcy żołnierzy. Czadrel zniknął. O uwięzieniu tej “szumowiny buddyzmu” poinformowano w listopadzie. Dalajlama okazał się “jawnie antychińskim narzędziem”. Wszyscy Tybetańczycy piastujący jakiekolwiek stanowiska mieli się od niego odciąć. Zatrzymano 52 mnichów i świeckich, podejrzewanych o popieranie nowego Panczena. Dziennik Ludowy zajął się demaskowaniem chłopca (który “utopił kiedyś psa”), oraz jego “głodnych sławy i zysku” rodziców. Państwo chińskie mianowało innego sześciolatka, Gjalcena Norbu, jako prawdziwą inkarnację. Przewieziono go do bezpiecznego miejsca w Pekinie, gdyż grozi mu jakoby “zemsta”. I taka to właśnie bajka. http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=243 ręceprecz odtybetu
_________________
"Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"

"Doskonale. Wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Jestem bezwzględnie inteligentny."

bo w życiu ważne jest poczucie koloru
 
 

     Sol  



Zaproszone osoby: 1
Tytuł: Smarkula
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 5010

Wysłany: 2008-08-17, 03:14   

Tybetańscy mnisi


Tybetańscy mnisi bardzo cenią wiedzę, dlatego przez całe swe życie ją pogłębiają.

Z uwagi na to, że mnisi odmiennie interpretowali tantrę, powstały różne ruchy. Do najważniejszych należy Gelugpa ("żółte czapki", "ludzie ze szkoły cnoty"), założona przez Congkhapa w XIV w. n.e. Interpretowali oni tantrę jako drogę realizacji głębokiej religijności. Ściśle przestrzegali reguły zakonnej, w tym celibatu. Członkami tego ruch są tybetańscy dalajlamowie ("Lama Ocean"). Tytuł dalajlamy nadał w XVI w. n.e. mongolski władca Altanchan. Urząd ten skupia zarówno władzę religijną jak i świecką. Obecnie wybrany w 1950 r. XIV dalajlama - Tenzin Gjako, wskutek chińskiej okupacji od 1959 r. przebywa na wygnaniu w Indiach, w Dharamsali. Dalajlamę uważa się za wcielenie bodhisattwy Awalokiteśwary (Tybetańczycy uważają go za przodka swego narodu, a jego siedzibą jest klasztor Potala w Lhasie). Drugim, obecnie mniej znaczącym ruchem są "czerwone czapki". Dopuszczają oni małżeństwa lamów, a ich przywódcą jest panczenlama ("Lama Klejnot"), utożsamiany z Amitabhą (symbol duchowego przebudzenia i przypomnienia o życiu po śmierci). Panczenlama sprawuje władzę religijną. ręceprecz odtybetu


Tybetańscy mnisi

Pierwszy dalajlama i panczenlama byli braćmi, stąd np. wybór kolejnego dalajlamy nadzoruje panczenlama i odwrotnie. Uważa się bowiem, że bracia znając się dobrze niezawodnie odnajdą swe nowe wcielenia. Dalajlama odradza się w dziecku. Wejście w ciało dziecka następuje czterdzieści dziewięć dni po śmierci dalajlamy, gdyż świadomość zmarłego musi stracić kontakt ze światem. W wyniku chińskiej okupacji Tybetu zniszczonych zostało wiele buddyjskich klasztorów, cennych ksiąg i dzieł sztuki. Współcześnie mantrajana pozostaje główną religią Tybetu i Bhutanu. ręceprecz odtybetu

Podsumowując, trzeba powiedzieć że buddyzm przejął część obrzędów religijnych z hinduizmu (np. pudżę), z którego się wywodzi. Wielu badaczy próbowały ująć ten nurt religijny w karby definicji. Postrzegając jednak buddyzm z punktu widzenia chrześcijańskiego czy też z punktu widzenia zachodniej cywilizacji, byli tacy, którzy odmawiali buddyzmowi miana religii. Jednak jednym z najprostszych określeń tej religii są słowa: "Buddyzm jest nauczaniem człowieka, który znalazł absolutną mądrość poprzez swoją własną medytację, bez żadnego boskiego objawienia "(Malherbe 1999). źródło: wsp.krakow.pl
_________________
Dum spiro, spero.

"It seems that once you get laid, your life basically turns to shit."
 
 
 

     Colorblind  



Tytuł: zielona maupa
Dołączyła: 20 Cze 2007
Posty: 7732
Skąd: Bimini iiii Finimini

Wysłany: 2008-08-17, 03:14   

ak rozwiązać problem Tybetu

Bodała



Po pierwsze należy stworzyć warunki ekonomiczne, uwzględniające specyfikę regionów „etnicznych". Korzyści, jakie przynosi Tybetowi obecna polityka rządu centralnego, wydają się oczywiste, lecz wcale nie zyskują na niej mieszkańcy regionu (podkreślam, że nie mam na myśli wyłącznie Tybetańczyków, ale także Hanów i Hui, którzy ściągali tu przez setki lat). Wystarczy się rozejrzeć, gdziekolwiek, żeby się przekonać, że służy ona przede wszystkim nowym przyjezdnym z różnych prowincji i miast Chin właściwych. Trudno się więc dziwić, że motywacja oraz propaganda towarzyszące nakładom Pekinu muszą budzić podejrzliwość.



Sytuacja obecna oraz ta sprzed 1959 roku są różne jak dzień i noc, niemniej w tamtej, niezwykle zacofanej gospodarce opartej na wiekowej tradycji hodowli był tak wymiar ludzki, jak i niezależność. Nie zamierzam nawoływać do powrotu do średniowiecza, ale jeśli przeanalizujemy gospodarkę Tybetu od czasu przejęcia pełnej kontroli przez centrum po dobę reform i otwarcia, zauważymy, że w przeciwieństwie do innych prowincji zawsze wlekła się ona w ogonie. Nic też nie zapowiada, by kiedykolwiek miało się to zmienić. Z drugiej strony, nie można wykluczyć, że dzięki dobrej polityce i pomocy zewnętrznej Tybetańczycy mogliby przejąć ster i doskonale kierować rozwojem własnego regionu.



Nawet jeśli gospodarka lokalna ma potencjał dynamicznego rozwoju i stanie się z czasem wzorem dla innych regionów etnicznych, to o ile Tybetańczycy nie staną się bardziej aktywni i zostaną zepchnięci na margines, podzielą smutny los amerykańskich Indian.



Aby uniknąć katastrofalnych skutków „amerykańskiego imperializmu", moim zdaniem gospodarka Tybetu wymaga wymiaru etnicznego, lokalnego i modernizacji. Słowo „etniczny" odnosi się do polityki makroekonomicznej, którą należy tak zmienić, by chroniła dominującą pozycję Tybetańczyków i traktowała ich preferencyjnie. W obszarach, w których rdzenni mieszkańcy nie są aktywni z uwagi na ideologię czy obyczaje, rozważyłbym subsydiowanie podmiotów zewnętrznych, ale i poddanie ich kontroli władz lokalnych.



„Modernizacja" nie stoi w sprzeczności z charakterem „etnicznym", czego najlepszym dowodem liczne nowoczesne przedsięwzięcia realizowane dziś w różnych regionach przez samych Tybetańczyków. Choć nie odgrywają one roli pierwszoplanowej, warto zwrócić uwagę na korzyści społeczne, jakie przynoszą, o czym zresztą piszą często z uznaniem chińskie media. W przyszłym Tybecie rodzime przedsiębiorstwa będą działać w warunkach, jakie same wytworzą. Dzięki racjonalnemu wykorzystywaniu zasobów naturalnych i zewnętrznej pomocy technicznej, korzystając z rozwoju gospodarczego całych Chin, zdołają wspiąć się na nowe wyżyny „efektywnego zarządzania", „fachowości personelu" i „ekonomicznej siły". Dzięki temu Tybetańczycy mogliby dumnie nosić głowę i przejąć kontrolę ekonomiczną, a to warunki konieczne do zachowania i rozwoju ich kultury.



„Lokalność" towarzyszy etniczności i modernizacji, zakładając stopniowe przejęcie przez Tybetańczyków gospodarki regionu, bowiem tylko pozycja dominująca uchroni ich przed wyrzuceniem za burtę społecznych i ekonomicznych przemian.



Po drugie, w regionach mniejszościowych zewnętrzne podmioty gospodarcze muszą okazywać szacunek lokalnym wierzeniom i kulturze. Na obecnym etapie rozwoju przyjezdni mają przewagę gospodarczą i należy do nich większość najbardziej dochodowych przedsiębiorstw. Doskonale zarabiając, przywożą ze sobą do Tybetu usługi typowe dla Sajgonu z czasów wojny wietnamskiej. Ilością burdeli, barów i tancbud bijemy na głowę każde średniej wielkości miasto Chin właściwych. Taka deprawacja i degeneracja pod błyszczącą fasadą kłóci się ze stylem życia większości Tybetańczyków oraz stanowi zagrożenie dla zdrowego rozwoju nowego pokolenia. Tybet ma długą historię i tradycję, której bogactwo oraz głębia są dziedzictwem całej ludzkości, stanowiąc ważny element współczesnej kultury globalnej. Naszym najważniejszym obowiązkiem jest strzeżenie tego historycznego dziedzictwa. Owoce „przemysłu rozrywkowego", który służy wyłącznie zbijaniu pieniędzy i nie przynosi żadnych korzyści regionowi ani społeczeństwu, porównać można do niszczycielskiego wpływu opium na ludzką duszę. Faktyczna realizacja polityki państwa w dziedzinie ochrony kultury mniejszości - zapisanej w trzecim [sic - czwartym] artykule konstytucji Chińskiej Republiki Ludowej, wedle którego państwo pomaga w ekonomicznym i kulturalnym rozwoju mniejszości zgodnie z ich charakterem i potrzebami - wymaga podjęcia kroków hamujących propagowanie „rozrywek" obcych kulturze lokalnej.



Po trzecie, konieczne jest otworzenie kanałów komunikacyjnych oraz pozwolenie Dalajlamie i Tybetańczykom z zagranicy na prywatne odwiedzanie kraju. Dawno już powiedziano, że „Dalajlama jest kluczem do rozwiązania kwestii Tybetu", nie zamierzam więc cytować tu traktujących o tym artykułów tybetologów z kraju i ze świata. Wierzę, że Komunistyczna Partia Chin, która konsekwentnie kieruje się hasłem „szukania prawdy w faktach", również to kiedyś dostrzeże.



Zmarły chiński przywódca Deng Xiaoping powiedział wyraźnie: „Możecie mówić o wszystkim poza niepodległością Tybetu". Odłóżmy na bok miliony argumentów podnoszonych latami przez obie strony - problem istnieje i nie rozwiąże go ani trywializowanie, ani rozdymanie, a pewne jego aspekty odciskają się na wizerunku Chin na arenie międzynarodowej. Pokazanie światu oświeconej twarzy rządu, zaspokojenie jedynego żądania tybetańskich wiernych, zakończenie ponadczterdziestoletniego wygnania stu tysięcy rodaków, wyeliminowanie separatystycznego zagrożenia oraz skuteczna ochrona zjednoczenia - wszystko to wymaga zezwolenia Dalajlamie i innym na składanie prywatnych wizyt w Tybecie. Trzeba też zacząć z nimi rozmawiać. W tym celu należy wspólnie wypracować uproszczone procedury imigracyjne, z wyprzedzeniem ustalić skład i program przyjeżdżających grup, dbając przy tym o pewną dyskrecję. W ten sposób lata mściwości i wrogości zastąpi współpraca. Z punktu widzenia rządu Chin będzie to wydarzenie o strategicznym, epokowym znaczeniu.



Po czwarte, trzeba zweryfikować „projekt budowy nowej tybetańskiej wsi" i zagwarantować prawo do prowadzenia niezależnego życia. Program ten, związany z ogromnymi nakładami państwa, jest już realizowany. Zdrowy rozsądek podpowiada, że gdy budują ci dom, należy się cieszyć. Zapomnijmy na chwilę o rzekomych pożytkach, jakie przynoszą masom rzędy tysięcy identycznych, skolektywizowanych budynków: już sam pomysł przesiedlenia w okolice szos tylu koczowników i chłopów budzi ogromne wątpliwości prawne i moralne, odbierając ludziom prawo do niezależnego życia. Podnoszenie standardów bytowych nie musi oznaczać budowy mrowisk na poboczach ani mieszkania w domach, które niczym się od siebie nie różnią. Odbierając prawo do niezależności - nawet w zamian za wymierne korzyści materialne - można utracić lojalność ludu.



Na bogactwo i różnorodność kultury narodu składają się niezliczone abstrakcyjne elementy. Tego dorobku nie wolno zamieniać na rzędy baraków do pokazywania w dzienniku telewizyjnym. Jeśli faktycznie jest to finansowo opłacalne i służy rozwojowi kultury chłopskich mas, dlaczego nie przystąpiono jeszcze do „udrogowienia" wiejskiej gospodarki wzdłuż podpekińskich autostrad i szos? Chiny - wielkie imperium wśród państw rozwijających się - mają, jak sądzę, więcej ekonomistów niż Lhasa mieszkańców. Pamiętając o doświadczeniach wielkiego skoku i komun, nie powtórzyliby tych samych błędów. Cały ten projekt jest więc co najwyżej dekoracją. Wydawanie pieniędzy na zakup „twarzy" nie zjedna przecież ludzkich serc, bo dając dom, odbiera prawo do życia w wolności.



Po piąte, w ramach poszanowania kultury mniejszości należy poważnie traktować wszystkie przepisy, których celem były ochrona i rozwój języka tybetańskiego. Rząd TRA przyjął je w latach osiemdziesiątych, ale obecna sytuacja nie pozostawia wątpliwości, że istnieją wyłącznie na papierze. Nakładały one między innymi na kadry narodowości Han obowiązek uczenia się i używania tybetańskiego, tymczasem dziewięćdziesiąt dziewięć procent chińskich urzędników nie potrafi sklecić w tym języku nawet najprostszego zdania.



Weźmy prosty przykład. Dokumenty omawiające „ducha" posiedzeń Komitetu Centralnego, Rządu Ludowego TRA oraz lokalnego komitetu partii przekazywane są niższemu szczeblowi w obu wersjach językowych, tyle że po drodze egzemplarz tybetański nieodmiennie gdzieś ginie czy to dlatego, że przeważają urzędnicy pochodzenia chińskiego, czy to przez to, że nikomu nie chce się go wydrukować. Czy traktowanie w ten sposób dokumentów wagi państwowej może dobrze służyć rodzimemu językowi? Teraz spójrzmy z dołu: podczas lhaskich wyborów do Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych w 2006 roku nie było tybetańskojęzycznych kart do głosowania. Należący do KPCh „wyzwoleni niewolnicy", którzy ledwie znają chiński, musieli bardzo się biedzić - i czuć porzuceni przez swoją partię.



Tybetańczycy stanowią w Tybecie większość, ale nie tylko oni posługują się naszym językiem. Dotyczy to również wiernych, którzy przyjęli go za sprawą liturgii, czy też potomków przybyłych tu przed wiekami muzułmanów i nepalskich kupców.



Choć Tybetańczycy w Tybecie mówią po tybetańsku, po pięćdziesięciu latach dorobili się ledwie dwóch stacji nadających audycje w tym języku (z czego jednej posługującej się dialektem z Amdo). W szkołach podstawowych i średnich dzieci uczą się w rodzimym języku tylko jego samego, matematyki i przyrody. Mogą uczestniczyć w regionalnych, a nawet krajowych konkursach pisarskich - tyle że nie we własnym języku. Ograniczanie liczby jego godzin lekcyjnych w stołecznych szkołach ma w sobie coś przerażającego. Absolwenci wyższych uczelni, którzy go studiowali, mogą zrobić tylko dwie rzeczy: zamknąć się w domu i zostać pisarzem lub dom ten opuścić, odcinając się od korzeni i bliskich. Z kolei chiński student lub urzędnik nigdy nie napotka trudności w znalezieniu pracy czy otrzymaniu awansu z powodu nieznajomości tybetańskiego. Starczy wyjrzeć za okno - tam „rozwój" tybetańskiego krzyczy z wielkich bilbordów operatorów telefonii komórkowej czy firm internetowych maleńkimi lub niemal niewidocznymi literami, śmiesznymi błędami ortograficznymi, żałosnymi tłumaczeniami albo li tylko chińskimi znakami.



Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. Prawdziwy rozwój i ochrona języka tybetańskiego wymagają odpowiednich warunków społecznych oraz nowych, dobrych przepisów. Zacząć należy od szkół, etatów, awansów, tytułów naukowych oraz pensji dla tybetańskich kadr, urzędników i studentów. Wymaganie od wszystkich Hanów w Tybecie nauki tybetańskiego byłoby niepraktyczne, niemniej urzędnicy najniższych szczebli, którzy na co dzień stykają się z masami, po prostu muszą choć trochę mówić, czytać i pisać w naszym języku.



Po szóste, trzeba zamknąć kopalnie, które zatruwają środowisko. Wszyscy wiedzą, że sytuacja w Tybecie, na Dachu Świata, ma wpływ na przyrodę i klimat całej planety. Bezmyślne niszczenie tego ekosystemu stanowi zagrożenie dla ludzkości. Ochrona środowiska naturalnego Tybetu wpłynie pozytywnie nie tylko na sąsiednie ekosystemy. To wystarczająco dobry powód do zamknięcia szkodliwych przedsięwzięć.



Po siódme, należy podnieść morale i wykształcenie urzędników państwowych odpowiedzialnych za sprawy religijne oraz zmniejszyć kontrolę administracyjną nad grupami roboczymi w tym obszarze. Za sprawą ogromnego napływu obcych w Tybecie - rzecz niepojęta - mała część urzędników, którzy zajmują się kwestiami religijnymi, nie przestrzega prawa ani zasad moralności. Zachowania takie uchodzą płazem, a odpowiednie departamenty nie tylko nie reagują - podejmowano kroki i narzucano ograniczenia działalności religijnej, które kłócą się z obowiązującym w Chinach prawem. Realizacja polityki państwa, gwarantującego obywatelom swobody religijne oraz niezależność miejsc kultu, wymaga rozluźnienia mechanizmów kontroli administracyjnej i wycofania się z bezprawnych posunięć.



Po ósme, powinno się systematycznie promować edukację w dziedzinie tradycyjnej kultury oraz sztuk pięknych, by ich bogactwa i znaczenia nie ograniczał więcej brak przestrzeni ani wiedzy. Entuzjastyczne przyjmowanie wystaw i ekspozycji na całym świecie jest najlepszym dowodem, że rynek na naszą sztukę istnieje nie tylko w Tybecie. Inny przykład to obfitość barów z nangmą w Lhasie. Rzeczywiście mamy dziś wiele oficjalnych instytucji, takich jak zespoły taneczne czy teatralne oraz Akademię Sztuk Pięknych. Choć odgrywają one ważną rolę, pomagając zachować i rozwijać sztukę narodową, nie można zdać się tylko na nie. Wszechobecna komercjalizacja wymaga dotowania kultury - choćby inwestycji w przynoszące dochód sceny teatralne i galerie, by nie zmieniały się na naszych oczach w kina lub markety. Edukacja to jednak znacznie więcej niż jedna akademia czy teatr. W Lhasie promuje się dziś nangmę - której w końcu nie tak dawno groziło całkowite wymarcie - ale inne dziedziny sztuki leżą odłogiem. Powtarzam, trzeba tu oświaty i systematycznej promocji.



Po dziewiąte, należy kontrolować liczbę osób przyjeżdżających do regionu. Jednym z największych ukrytych zagrożeń i przyczyną powstawania sprzeczności między Tybetańczykami a Hanami jest masowy napływ obcych do Tybetu. Gospodarka ich potrzebuje, nie idzie tu więc o proste narzucanie limitów, lecz o kontrolowanie napływu siły roboczej. Tylko w ten sposób obie strony, oba narody, osiągną długoterminową stabilizację i rozwój. W kwietniu 2007 roku lhaska popołudniówka informowała, że w Tybecie podaż rąk do pracy znacznie przewyższa popyt. W interesie ochrony jedności Tybetańczyków i Hanów leży więc wprowadzenie skutecznych środków kontroli w tej materii.



Po dziesiąte, Tybetańczycy w kraju i poza jego granicami powinni być traktowani tak samo jak Hanowie w Chinach i po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej. Innymi słowy, należy popierać i organizować programy wymiany oraz zerwać z polityką całkowitego izolowania Tybetańczyków z zagranicy.

W kwietniu 2006 roku Biuro Informacji Rady Państwa tak pisało o stosunkach z Tajwanem: „W celu umożliwienia normalnego przepływu ludności rząd Chin, wzywając przy tym do pokojowego zjednoczenia, podejmuje następujące kroki, by promować stosunki dwustronne.



Na froncie politycznym dokonuje korekty polityki i metod, żeby załagodzić nastroje konfrontacyjne. Najwyższy Sąd Ludowy i Najwyższa Prokuratura Ludowa postanowiły, że nie będą ścigać tajwańskich prawodawców za przestępcze postępowanie przed proklamowaniem Chińskiej Republiki Ludowej.



Na froncie militarnym podejmuje inicjatywę wyjścia z martwego punktu, zaprzestanie bombardowania wysp takich jak Jinmen oraz otworzy część baz obronnych i obserwacyjnych, zmieniając je w strefy rozwoju gospodarczego oraz atrakcje turystyczne.



Na froncie gospodarczym otwiera szeroko drzwi, promuje wymianę, zaprasza tajwańskich przedsiębiorców do inwestowania oraz handlowania, proponując im preferencyjne warunki i ochronę prawną.

Chiński rząd przyjmie pozytywną postawę wobec przepływu innych grup, komunikacji elektronicznej, nauki i technologii, kultury, sportu, wiedzy i informacji oraz podejmie odpowiednie kroki w celu wymiany i współpracy we wszystkich obszarach. Pod auspicjami rządu powstanie organizacja obywatelska, która podejmie współpracę z odpowiednimi instytucjami tajwańskimi, aby chronić interesy prawne i promować rozwój stosunków po obu stronach Cieśniny".



Polityka rządu Chin wobec wyspy zyskuje zrozumienie oraz akceptację coraz większej liczby tajwańskich ziomków, rodaków z Hongkongu, Makau i zagranicy. Szerokie masy mieszkańców Tajwanu robią wiele na rzecz rozwijania stosunków dwustronnych. Z kolei tamtejsze władze w ostatnich latach też zmieniły politykę wobec Chin kontynentalnych, zezwalając na wyjazdy i odwiedzanie krewnych, ograniczając restrykcje w stosunku do organizacji obywatelskich, handlu, inwestycji, połączeń telefonicznych, przesyłek pocztowych czy wymiany walut. Wszystko to dobrze służy wzajemnej komunikacji. Szybko rośnie handel i rozszerzane są programy wymiany. W kwietniu 1993 roku podpisano w Wanggu cztery porozumienia, będące kamieniem milowym w rozwoju relacji dwustronnych. Atmosfera jest najlepsza od czterdziestu lat, co przybliża pokój i pokojowe zjednoczenie.



Wróćmy jednak do rzeczy. Tajwan był integralną częścią Chin od najdawniejszych czasów. Dharamsala, miasteczko w północnych Indiach - nie. Nie przypominam też sobie, by ktoś kiedykolwiek to sugerował. Mamy jednak ponad sto czterdzieści tysięcy tybetańskich ziomków w niej i w innych państwach. Pieśniarz, który opuścił kraj przed kilkudziesięciu laty, napisał: „Nigdy nie sprzedałem Lhasy, nigdy nie kupiłem Indii", co doskonale ilustruje pragnienie emigrantów powrotu do korzeni. Jeżeli Tybet jest częścią Chin, to oni muszą być Chińczykami z zagranicy i natychmiast otrzymać „jednolity status" przyznawany powracającym do macierzy Tajwańczykom. Jeśli się tego nie czyni - albo unika „zakazanych" słów, aby oddalić problem istnienia tych ludzi - własnoręcznie przekreśla się swój tytuł do Tybetu. Zerwanie z polityką, która trzyma rodaków z dala od domów i rodzin, będzie ogromnym wkładem w wielkie dzieło jednoczenia Chin i właściwego rozwiązania kwestii tybetańskiej. Obecny stan rzeczy jest powrotem do sytuacji sprzed 1978 roku. Dlaczego zamknięto drzwi przed powracającymi tybetańskimi ziomkami? Oczywiście polityka tamtej epoki i słowa, jakich używa się dzisiaj pod okiem społeczności międzynarodowej, nie mają z sobą nic wspólnego. Z pozoru stosunek do przekraczających granicę Tybetańczyków może nie mieć w sobie nic dziwnego dla przeciętnego Chińczyka, niemniej prawda jest taka, że rzuca się im pod nogi rozliczne kłody, odmawiając zgody na występy zespołom z kraju i zagranicy, zakazując wysyłania synów i córek do zagranicznych szkół (zwłaszcza w Indiach), szantażując tych, którzy to zrobili, utratą pensji i tak dalej. W stosunku do naszych ziomków obowiązuje zasada: „Skoro nie macie swojej niepodległości, nie wrócicie do domu". Z perspektywy sprawy zjednoczenia ludzie ci powinni być traktowani tak samo jak Tajwańczycy, co położyłoby solidne podwaliny pod skuteczną strategię frontu jedności.







7 kwietnia 2007







Bodała - pseudonim tybetańskiego intelektualisty, mieszkającego na terenie ChRL. „Rozwiązanie" krąży po wielu chińskich i tybetańskich portalach.

http://www.hfhrpol.waw.pl...p?raport_id=588 ręceprecz odtybetu
_________________
"Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"

"Doskonale. Wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Jestem bezwzględnie inteligentny."

bo w życiu ważne jest poczucie koloru
 
 

     Sol  



Zaproszone osoby: 1
Tytuł: Smarkula
Dołączyła: 11 Cze 2007
Posty: 5010

Wysłany: 2008-08-17, 03:14   

Ekspozycja sztuki Tybetu w Krakowie

Egzotyczna ekspozycja, zawierająca w sobie zrytualizowane przedmioty kultu oraz wyroby rzemiosła artystycznego jest prezentowana w krakowskim Muzeum Archeologicznym. Chińskie Ministerstwo Kultury za pośrednictwem Warszawskiej Ambasady ChRL, przy wsparciu merytorycznym kustoszy z Warszawskiego Państwowego Muzeum Etnograficznego, przygotowało wystawę przedstawiającą dorobek materialny i duchowy Tybetu. ręceprecz odtybetu
Sztuka i rzemiosło na dachu świata - to nazwa wystawy przybliżającej historię, kulturę i religię regionu obejmującego Wyżynę Tybetańską z częścią Himalajów wraz z najwyższym szczytem Mount Everest, który leży na granicy z Nepalem. Jest to również świadectwo materialnych śladów silnie rozwiniętego w Tybecie życia monastycznego. Buddyzm tybetański wyróżnia kult lamów, którzy są wcieleniami istot w stanie nirwany (niebytu). Posługuje się on licznymi talizmanami, oryginalnymi przedmiotami, w których każdy szczegół ma swoją symboliczną, mistyczną wartość. ręceprecz odtybetu

Wiele z typowych dla tybetańskiego lamaizmu motywów znalazło odzwierciedlenie w ciekawym zdobnictwie, kultowej rzeźbie brązowej, drewnianej i użytkowej (meble, sprzęty) oraz w malarstwie na maskach rytualnych, tkaninie, oraz w architekturze klasztorów i świątyń. ręceprecz odtybetu
Sztuka Tybetu ukształtowała się pod wpływem kultury indyjskiej, nepalskiej i chińskiej, przez co zyskała w sposób oczywisty wyróżniające ją cechy indywidualne. Najważniejszym świętem w Tybecie jest Monlam - wielkie Święto Modłów, które jest obchodzone podczas tybetańskiego Nowego Roku (wg kalendarza księżycowego). Wg kalendarza gregoriańskiego przypada ono na koniec lutego/początek marca. Towarzyszą mu obrzędowo-rytualne, barwne, taneczne spektakle. Występujący w nich mnisi ubrani w maski bogów, demonów i ludzi, kolorowe kostiumy. Odgrywają przy wtórze bębnów, gongów, obojów, czyneli i trąb sceny mające na celu przedstawienie walki dobra ze złem. Barwne szarfy, złożone z pięciu kolorowych, jedwabnych pasów, symbolizują tęczową, mistyczną bramę niebios. Ściśle wg kanonów sztuki buddyjskiej malowane są obrazy sakralne. Są one ikonami, które służą do medytacji. Używane są jako chorągwie noszone w procesjach, przenośne ołtarze lub jako elementy wystroju wnętrz. ręceprecz odtybetu
Na skrzyżowaniu dróg dla upamiętnienia walki między siłami światła i ciemności, składane są czaszki zwierząt. Motyw ten, obok poruszanej powiewem wiatru chorągiewki modlitewnej z napisaną na niej mantrą, symbolu pioruna, a także znaku dharmy, który symbolizuje stały cykl cierpienia i powtórnych narodzin w "ośmiorakiej ścieżce Buddy", pozostają znakami typowymi dla tybetańskiej sztuki kultowej. źródło: zrodlo.krakow.pl, autor: Bożena Weber
_________________
Dum spiro, spero.

"It seems that once you get laid, your life basically turns to shit."
 
 
 

     Colorblind  



Tytuł: zielona maupa
Dołączyła: 20 Cze 2007
Posty: 7732
Skąd: Bimini iiii Finimini

Wysłany: 2008-08-17, 03:15   

Czternaścioro paralotniarzy bierze udział w ogólnopolskim rajdzie Klucz Wolności. Wyruszyli w piątek z Nowego Sącza. Równolegle rajd odbywa sie również na lądzie - drogami przemieszcza się karawana samochodowa.

- Dla nas ważne są prawa człowieka w Chinach. Uważamy, że takie państwo nie zasługuje na organizację Igrzysk Olimpijskich. Chcemy poprzez ten rajd zamanifestować naszą solidarność z Tybetem - powiedział Radiu Merkury jeden organizatorów akcji Marcin Janasik.

Śmiałkowie do 6 lipca zamierzają pokonać trasę z Nowego Sącza do Kołobrzegu. We wtorek rajd zatrzyma się w Ostrowie Wielkopolskim, w kolejnych dniach także w Lesznie i w Pile.

Dziś uczestnicy rajdu spotkali się pod ambasadą Chin w Warszawie. źródło: wiadomosci24.pl
ręceprecz odtybetu
_________________
"Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę!"

"Doskonale. Wszystko przebiega zgodnie z moim planem. Jestem bezwzględnie inteligentny."

bo w życiu ważne jest poczucie koloru
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Prawdopodobnie najlepsze Forum Dyskusyjne &
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Pomagamy:
pajacyk

Sitemap:
tematy i użytkownicy